ビズン

Oto co człowiek jest w stanie z siebie wypluć, gdy dręczy go bezsenność, a w ciągu dnia zrobi na nim wrażenie jakiś obraz czy sytuacja... No cóż: w tym wypadku opisuję to, co chciałbym móc zrobić. Robię to rękami mojego bohatera w moim wymyślonym świecie, bo tu na Ziemi i tak bym nic nie poradził.

--== WRÓĆ ==--

cierpliwość

Było wczesne kwietniowe popołudnie.
Podmiejską ulicą szedł młody mężczyzna. Był niewysoki, przygarbiony, wiatr rozwiewał jego długie do ramion jasne włosy. Nieco wytarta kurtka w ogólnowojskowym kolorze zgniłej zieleni i mocno zniszczony harcerski plecak kazały sądzić, że jest biednym studentem.
Szedł szybko i sprężyście, stawiając wielkie kroki, mruczał coś do siebie i uśmiechał się pod nosem.
Zwolnił dopiero, gdy musiał omijać ludzi robiących zakupy na małym targowisku na przydrożnym placu. Zaszczycił zainteresowanym spojrzeniem skrzynkę pełną zimowych jabłek, jednak nie zdecydował się zatrzymać. Omal nie rozdeptał starszej pani próbującej wpakować do parcianej torby doniczki z sadzonką niezapominajek, i już szykował się do dalszej drogi, gdy nagle gwałtownie zatrzymał się.

Spojrzał w lewo.
Za rzędem skrzynek z niezapominajkami stała obsługując klientów młoda dziewczyna. Miała na oko nie więcej niż piętnaście lat, a dwa cienkie warkoczyki i okrągła rumiana buzia nadawały jej wygląd grzecznej dziewczynki ze szkoły. Młodzieniec nie patrzył jednak na buzię dziewczyny:
Lewy rękaw jej kurtki zwisał pusty, a pod kurtką próżno było szukać wybrzuszenia pochodzącego od temblaku.

Chłopak spojrzał w niebo, poszeptał chwilę do siebie przebierając palcami jakby coś liczył, po czym podszedł do stoiska (przy którym dziwnym trafem nagle zrobiło się pusto) i zagadnął wesołym głosem:
--Dzień dobry! -- dość obcesowo wskazał na zwisający rękaw i zapytał -- To było cztery lata temu, na rogu Wrocławskiej i Poprzecznej, dokładnie dziesiątego maja w sobotę?
Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, poczym zarumieniła się lekko i spuściła wzrok. Młodzieniec uznał widocznie, że to znaczy "tak".
--I pewnie śmieją się z ciebie w szkole? -- kontynuował dyskurs. Dziewczyna jeszcze bardziej poczerwieniała i jeszcze bardziej spuściła wzrok.
--No cóż, myślę, że można coś na to poradzić.
Dziewczyna natychmiast podniosła głowę i utkwiła w swoim rozmówcy świdrujące spojrzenie.
--Otóż dziś wieczorem -- kontynuował młody człowiek -- stań przed lustrem, spójrz na swoje lewe ramię i wypowiedz te słowa: "Kij i pałka mogą mnie zranić, ale słowa nigdy"; Zapamiętasz?
--Taa, pewnie -- dziewczyna w końcu odezwała się. Miała głosik piskliwy, lecz przyjemny -- "Sticks and stones can break my bones, but words don't hurt me"; ale skąd...
--Nieważne -- przerwał jej chłopak -- Do zobaczenia! -- powiedział i poszedł w swoją stronę.

* * *

Minął tydzień.

Chłopak w zielonej kurtce znów przechodził tą samą drogą. W tym samym kierunku. Nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. Z harcerskiego plecaka dobiegało dość wyraźne chlupotanie wody. Tym razem nie był sam. Towarzyszył mu wysoki brunet o nieprzyjemnym wyrazie twarzy. Jak po sznurku doszli do stoiska z kwiatami. Tym razem odezwał się ten wyższy. Głos miał równie nieprzyjemny, co wygląd.
--A wiesz co mój dziadek mówił? Jedną ręką to sobie można dupę podetrzeć.
Oczy dziewczyny zaszkliły się, twarz stężała w wyrazie bólu. Fizycznego.
--Dobra, sio! -- mruknął długowłosy do wysokiego, a ten natychmiast zamknął się i zniknął w tłumie. Teraz odezwał się do dziewczyny:
--Nigdy nie bolało, a teraz zaczęło?
--Tak ale skąd...
--Na twoje nie zadane pytanie odpowiem zagadką. Co dobrze podlejesz łzami, wykiełkuje i wzrośnie.

* * *

Znów był kwiecień. Sezon na niezapominajki.

Podmiejską ulicą szedł młody mężczyzna. Był niewysoki, przygarbiony, wiatr rozwiewał jego długie do ramion jasne włosy. Nieco wytarta kurtka w ogólnowojskowym kolorze zgniłej zieleni i mocno zniszczony harcerski plecak kazały sądzić, że jest biednym studentem.
Przechodząc obok małego targowiska na placu przy drodze pochwycił spojrzenie dziewczyny handlującej kwiatami. Obcięła włosy i nie nosiła już mysich ogonków. Uśmiechała się promiennie. Poznała go i pomachała na przywitanie. Lewą ręką. Chłopak odpowiedział przyjaznym gestem i poszedł dalej. Zniknął za zakrętem.

* * *

Młodzieniec stanął na rogu ulicy, zdjął plecak, potem kurtkę, którą wpakował do plecaka. Rozwinął srebrne skrzydła i poleciał sobie.

Конец фильма!

(C)12-05-2005 Bizun


--== WRÓĆ ==--