Astrologia

  1. Żyła wodna.
  2. Czarnoksiężnik.
  3. Sukkuby i inkuby.
  4. Opozycja.
  5. Koniunkcja.
  6. Rok niespokojnego słońca.
  7. Siedem lat nieszczęścia.

Jakbym miał syna, wytłumaczyłbym mu wszystko kiedy będzie już dostatecznie stary, żeby tak coś z tego zrozumić. I zaraz poniał ja, że on i tak nie zrozumi albo i w ogóle nie będzie chciał zrozumić, i zrobi wszystko to samo, co ja, albo i gorzej, a ja go wsio i tak nie zdołam powstrzymać. I on tak samo nie zdoła powstrzymać swojego syna, braciszkowie moi. I tak będzie się kręcić aż do skończenia świata, w kółko i w kółko i w kółko...

Anthony Burgess "Mechaniczna pomarańcza"

1. Żyła wodna.

1998-09-29
Nie zapomnę mojego pierwszego dnia w Warszawie. Najpierw pogubiłem drogę w przejściu podziemnym przy dworcu centralnym. Jakimś cudem udało mi się wyjść na powierzchnię, a potem jeszcze większym cudem znaleźć dom studencki Akademik przy Placu Narutowicza, pieszczotliwie przez mieszkańców i wszystkich, których pytałem o drogę nazywany Alcatraz. Bardzo szybko miałem się przekonać, jak trafnym określeniem była ta nazwa. Po odstaniu dwu godzin w kolejce przy administracji i mniej więcej takiego samego czasu ganiania z kwitami, wylądowałem w końcu w pokoju 517.

Była to dwójka -- tzn. pokój dwuosobowy. Jakieś 12 metrów kwadratowych. Grube mury. Sufit na poziomie 3.80 i piętrowe łóżko. Mój współlokator już tam był. Gdy się przywitałem odpowiedział krótko: "Cześć" nie odrywając wzroku od ekranu komputera. Zająłem się rozpakowywaniem plecaka, odkładając rozmowy na później.

Taak. Już pojutrze miałem dumnie wstąpić w szeregi studentów Wydziału Ochrony Środowiska Politechniki Warszawskiej. Odebrać indeks. Uścisnąć rękę dziekana.

Odwiązałem troczki i rozpiąłem suwak pierwszej komory plecaka. Ubrania. Od razu poznałem, która szafka-regał jest moja: była otwarta i pusta. Wpakowałem ciuchy na sam dół, za przesuwane drzwiczki.
Druga komora plecaka. Wałówa. Rozejrzałem się po pokoju i we wnęce obok zlewu dojrzałem lodówkę (przepraszam, mówi się: chłodziarkę) -- Maleństwo o pojemności chyba tylko 40 litrów. Otworzyłem ją. Na górnej półce leżała kostka masła, żółty ser w plasterkach i sterta naleśników z serem w plastykowym worku. Porozmieszczałem swoje pudełka z bigosem, parówkami i mielonką bezpośrednio na dnie lodówki, a piwo i syrop malinowy ustawiłem w stojaku na jej drzwiach. Mój współlokator nie zwracał na mnie uwagi. Torebkę ze słodyczami ukryłem w szafce za stosem t-shirtów.
Trzecia komora plecaka. Mój mały magiczny świat. Kolekcja ulubionych książek: Terry Prachet, Ursula Leguin, Andree Norton, Anne McCafrey i moje ulubione "Kroniki Narnii" Clive'a S. Lewis'a. Na półkę na środku regału, żeby były pod ręką. Potem kasety: Marty Friedmann, Mike oldfield, Joe Satriani, Santana, Deep Purple, i najnowsze odkrycie -- elektroniczne brzmienia Japończyka KITARO. Komplet akumulatorów i ładowara. Walkman z wewnętrznej kieszeni kurtki. Też muszą być pod ręką. Drewniane płaskie pudełko na papier listowy -- mój szkicownik i komplet ołówków. W domu trzymałem go pod poduszką.
Pora nawiązać kontakt.
--Śpisz na górze, czy na dole? -- zapytałem.
--Obojętne.
--Bo ja bym wolał na górze. A tak w ogóle, to nazywam się (...)
--Wiem. Przeczytałem na liście. -- Odpowiedział. Ani pomyślał, żeby się przedstawić; za to wyłączył monitor, przeciągnął się, ziewnął i spojrzał na mnie. Siedziałem na górnym pokładzie piętrowego łóżka i dyndałem nogami w powietrzu.
--Napijesz się? -- Zeskoczyłem na dół, wyciągnąłem z lodówki dwie puszki Łomży i podałem jedną rozmówcy.
--Nie piję. -- on na to -- I nie palę. -- To ostatnie powiedział z naciskiem, jakby dając coś do zrozumienia.
--To świetnie, bo ja też nie palę. Wiesz już, w której jesteś grupie?
Mój interlokutor wzruszył tylko ramionami. -- Czy to ważne? -- powiedział, i otworzył jednak podaną mu puszkę piwa. Pociągnął jeden łyk, długo smakując, jednak nie wyraził opinii.
--Więc nazywasz się...? -- Spróbowałem jeszcze raz.
--H. -- odparł patrząc tępo przed siebie.
--Znałem kiedyś kolesia, co miał tak samo na imię, jeszcze w podstawówce. Teraz gra na gitarze w zespole. A ty jakiej muzyki słuchasz?
--Żadnej. Wolę jak jest cicho. -- odpowiedział, po czym zaczął przyglądać się świeżo wyłożonym na półkę książkom. Ale ognik zainteresowania w jego oczach szybko przygasł.
--Lubisz fantasy? -- nie dawałem za wygraną.
--Raz jak miałem świnkę, to brat dał mi Władcę Pierścieni, ale już nic nie pamiętam. Film mają z tego podobno robić.
Tu mnie dobił! Jak można puścić w niepamięć dzieło mistrza JRR? Chciałem już głośno skomentować, kiedy H. niespodziewanie zaczął nowy temat:
--Grałeś w QakeII?
--Nie lubię gier. Szczerze, to nie interesuję się komputerami. Wiem gdzie się włącza i wyłącza, i jak się obsługuje Worda -- odpowiedziałem. Po oczach mojego rozmówcy poznałem, że dla niego były to takie same herezje, jak dla mnie zapomnieć dzieło Tolkiena.
Wesoły nam dziś dzień nastał. Dopiłem swoje piwo w milczeniu.

* * * *

Środa zeszła mi na czytaniu i słuchaniu kaset. Jakiś życzliwy spotkany na korytarzu pokazał mi, gdzie są prysznice i pralnia. Sprawdziłem też stołówkę na parterze budynku, sklepik spożywczy i zwiedziłem hall na drugim piętrze, zwany salą bankietową z powodu dwu kryształowych żyrandoli. Sprawdziłem też najbliższą okolicę. Pętle tramwajowe na Placu Narutowicza, sklep nocny w Bestopolu na rogu Wawelskiej -- słowem zaaklimatyzowałem się całkiem dobrze.
Nie licząc gbura w pokoju.

Pierwszy tydzień zajęć minął bez większych zgrzytów. Wykładowcy byli całkiem normalni -- nauczycieli w szkole miewałem bardziej stukniętych; żadna z opowieści starszych kolegów o szurniętych profesorach się nie spełniła. Większość wykładów odbywała się w budynku Ochrony Środowiska, ale mnie naprawdę zafascynował Gmach Główny: jedna z pierwszych, o ile nie pierwsza budowla campusu przy Placu Politechniki. Zadziwiające były jego korytarze i przejścia -- bardzo łatwo było się tam zgubić, szczególnie na czwartym piętrze (gdzie odbywały się zajęcia z języków), które zdawało się przeczyć wszelkiej architektonicznej logice. Wykonałem sobie kilka szkiców, szczególnie głównej auli i ozdób na balkonikach wokół niej.
Gmach mojego wydziału stał przy jednej z bram na teren Politechniki a zaraz za nim mieściły się budynki Starej Kotłowni i Gmachu Mechaniki -- oba, jak się niedługo później dowiedziałem należące do Wydziału Elektrycznego. Po co o tym mówię? No więc studenci elektrycznego zdążający do Starej Kotłowni, aby nie obchodzić dwóch budynków dookoła, skracali sobie drogę przez nasz gmach, przechodząc przez hall na parterze. Niektórzy z nich zatrzymywali się na chwilę, żeby skopiować coś w punkcie xero, inni robili zakupy w barku...

I tak właśnie spotkałem J.
Pewnego piątku siedziałem na schodach i szkicowałem złotego smoka vel Baron Trzykawki z opowiadania Sapkowskiego, kiedy ktoś wyrwał mnie z zamyślenia:
--Przepraszam najmocniej, ale czy nie miał byś 18 albo 20 groszy, bo mi ta cipa z xero nie chce wydać z dwudziestu zeta.
Wypowiedział to chudy ciemny blondyn, nieco wyższy ode mnie, ubrany flanelową koszulę w czarno-zieloną kratę. Nosił okulary w cienkich, prostokątnych ramkach i uśmiechał się tak rozbrajająco, że nie mogłem mu odmówić. Sięgnąłem do kieszeni, wymacałem dwudziestaka i wręczyłem nieznajomemu -- Doniczki mi zaorasz -- dodałem.
--O dzięki serdeczne -- powiedział nieznajomy i pobiegł do kopiarni. Za chwilę wrócił trzymając w lewej ręce dwie kartki, a w prawej dwugroszówkę, którą usiłował mi oddać.
--Nie wygłupiaj się! -- powiedziałem. Chciał położyć monetę na moim szkicowniku, ale się rozmyślił, gdy spojrzał na rysunek na pierwszej stronie.
--Oo! A co to? Trochę sobie rysujemy? Całkiem zajebiście ci to wychodzi. Czy będziesz potem kładł kolor? -- zapytał, po czym przysiadł się obok mnie na schodach.
--Jeszcze nie wiem. Z resztą nie zabrałem farb do akademika.
--To mieszkasz w DS-ie? Ja w Alkatrasie. 659. A tak w ogóle jestem J.
--(...)-- Przedstawiłem się. Zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej J. poderwał się:
--O fuck, Trzaska się zaczął. No to muszę lecieć. Wpadnij dzisiaj po 19, musisz z nami iść na piwo. -- I pobiegł w kierunku Starej Kotłowni.

W zasadzie nie planowałem skorzystać z zaproszenia, ale tego dnia wydarzenia toczyły się dziwnymi torami, za nic mając moje chęci i plany.
Otóż wychodząc z wykładów pod koniec dnia znów trafiłem na chłopaka w czarno-zielonej koszuli. Spotkaliśmy się na przystanku tramwajowym. J. spytał, czy wybieram się gdzieś na obiad, odparłem, że mam jakieś parówki, on na to, że zna świetne miejsce. Podjechała dwójka. Wsiedliśmy. Minęliśmy Plac Narutowicza i pojechaliśmy jeszcze dwa przystanki Grójecką.
Owym świetnym miejscem okazał się być bar Biedronka -- istny relikt przeszłości, prawdziwy bar mleczny kategorii S. Inna sprawa, że był tani. Bardzo. Nie dziwiło więc, że dookoła przy stolikach widziałem znajome twarze z uczelni.
--Tutaj przychodzą głównie ci, co mieszkają w akademikach przy placu Gapcia i w Babilonie, reszta częściej stołuje się w Złotej Kurce przy Placu Konstytucji, albo w chińskich budach. -- Wyjaśnił J, po czym spojrzał na mnie i spytał:
--Jesteś z pierwszego roku, prawda? Od nas z Elektrycznego?
--Tak z pierwszego roku i nie, nie z elektrycznego. Z sanitarnego, obecnie Ochrony Środowiska.
--To ciekawe.. Słuchaj (...), To wpadniemy dzisiaj do Ochotki?
--Gdzie?
--Do baru, na piwo. Fajnie było w Belfaście, ale w zeszłym roku go zamknęli.

Trudno mi było zjeść obiad, bo cały czas rozmawialiśmy. Poruszając coraz to nowe tematy. Kiedy wyszliśmy z Biedronki i dotarliśmy do akademika, zaczęliśmy odwiedzać wszystkich kumpli J. w Bratniaku, Muszelce i samym Alkatrasie, wyciągając ich na wieczór. Do 19:00 nawet nie zaszliśmy do swoich pokoi -- w zasadzie zjawiliśmy się w punkcie umówionej zbiórki tak, jak wyszliśmy z zajęć. Razem z nami było siedem osób, a jeszcze inni mieli dojść już na miejsce później.

Ochotka okazała się być niezgorszą mordownią. Przy stolikach zasiadał kwiat ulicy, podejrzane typy, doliniarze o twarzach zniszczonych przez alkohol. Wszyscy zamawiali "jedno ciemne", więc ja też. Widząc moje zdziwienie, gdy otrzymałem kufel czegoś czarnego jak kawa, o słodkawym mdłym zapachu, J. od razu wyjaśnił:
--To jest piwo Belfast. Nie ma lepszego!
--No dobra, ale nie ma gdzie usiąść -- zauważyłem.
--Nie szkodzi, my idziemy na dół -- odpowiedział ktoś z mich nowych kolegów.
Wzięliśmy kufle i zeszliśmy do strefy dla studentów, czyli sali w podziemiu. Nie było tam jeszcze nikogo. Rozsiedliśmy się więc przy najdłuższej ławie z prawej strony. Ktoś podszedł do wnęki w ścianie za stołem z lewej, gdzie stał zdezelowany radiomagnetofon, i po krótkiej szarpaninie z anteną i urwanym pokrętłem strojenia puścił nam listę przebojów radiowej Trójki. Siedziałem pod ścianą, w środku stołu, mając dobry widok na całą salkę i moich rozmówców. Wszyscy byli na oko starsi ode mnie i tworzyli zbieraninę najróżniejszych stylów i charakterów: Od długowłosych i brodatych miłośników gotyku, poprzez gościa w skejtowskich spodniach i chłopca w gajerze pod krawatem, który wyglądał jak agent ubezpieczeniowy, kończąc na szerokim jak szafa jegomościu (który trenował podobno zapasy) i jego kumplu, ogolonym na łyso i w dresie. Wszystkich łączyło jedno: lubili sobie pogadać.
Spróbowałem belfasta. Był lekko słodki i jakiś taki gęsty, ale smakował mi. Przerwana na chwilę rozmowa zaczęła się na nowo kręcić. Zaczęły schodzić się inne studenckie towarzystwa, zajmując pozostałe ławy. Jeszcze dwóch przysiadło się do nas, po dość wylewnych przywitaniach. J. przedstawiał mnie każdemu, zagadywał o najnowsze ploty i w ogóle był duszą tego towarzystwa.

Aż nagle od progu ktoś wykrzyknął, naśladując pijackie seplenienie:
--Helloł, Helloł, pściułki moje kochane!
--Helloł Bizun! co tak długo? -- odpowiedziało kilka głosów z mojego stołu. Przyjrzałem się nowo przybyłemu. Jeżeli J. był duszą tego towarzystwa, to ten musiał być jego wyrzutem sumienia: ciemny blondyn, nawet nie szczupły, tylko chudy, przydługie włosy tłuste i w nieładzie, kilkudniowy nierówny zarost, podkrążone oczy. Nie zdjął kurtki. W ręku trzymał nie półlitrowy pokal, jak wszyscy, tylko dzbanek z grubego szkła -- musiał mieć w nim ze dwa litry czarnego piwa. Usiadł na wolnym miejscu naprzeciw mnie i trzasnął z całej siły kuflem o stół. Trochę się wylało.
--O, kurwa! Przepraszam najmocniej -- rozmazał kałużę rękawem kurtki. Spojrzał mi prosto w oczy. Jechało od niego tytoniem.
--Ależ uszanowanie panu. Piotrek jestem. -- przedstawił się i wyciągnął rękę na powitanie. Z rękawa kapało rozlane piwo.
--(...), Witam. -- odpowiedziałem.
J. się wtrącił:
--Weź się Bizun z nim dogadaj, świetnie rysuje, widziałem dzisiaj. Może zrobi ci kilka paneli na próbę. -- po czym zwrócił się do mnie:
--To jeden z najlepszych studentów na roku na robotyce. I ma scenariusz komiksu, którego nie ma mu kto narysować.
Osobnik nazywany Bizunem zmierzył mnie jeszcze raz wzrokiem, po czym odpowiedział:
--Dzisiaj się nie nadaję. Popierdolony dzień miałem taki, że nie wiem. Napisz mi swojego maila, to się zgadamy jakoś.
--Dostałem adres na e-mail, ale jeszcze ani razu nie otwierałem, poza tym nie pamiętam. -- na twarzy Bizuna na chwilkę odmalowało się zdziwienie.
--To Ci dam znać przez J. Albo daj nr telefonu wewnętrznego.
Wymieniliśmy się kontaktami i rozmowa zeszła na inne tematy. Bizun w każdej kwestii był na nie; w każdym pomyśle znajdował dziury, w każdym temacie wyciągał i wyolbrzymiał negatywne aspekty. Ale dziwnym trafem nikogo to nie zrażało, pewnie na co dzień zachowywał się inaczej. Niektórzy z towarzystwa zapalili papierosy. Bizun wyciągnął z kieszeni foliowe zawiniątko. Był w nim tytoń i bloczek bibułek, z których zaczął sobie robić skręta. Zapalił zapatrzył się w kąt pomieszczenia. Po chwili wyjął z innej kieszeni dyktafon, wielki jak ruski piórnik, włączył go i zaczął coś szeptać do mikrofonu, ciągle gapiąc się gdzieś w otwory wentylacyjne. Po chwili przestałem na niego zwracać uwagę i włączyłem się do rozmowy.

Wieczór upływał leniwie. Co i raz ktoś wstawał od stołu wymienić kufle puste na pełne, aż około północy towarzystwo zaczęło się wykruszać. W końcu została nas czwórka: J. i ja oraz Bizun i jeden z jego bliższych kumpli. Ponieważ zaczynało robić się śpiąco, więc my też się zebraliśmy do wyjścia. Ten czwarty kumpel chwycił kompletnie pijanego Bizuna za ramię i praktycznie zaniósł go do Bratniaka, ja i J. wróciliśmy do Alcatraz. Nie doczekaliśmy się windy, więc podrałowaliśmy na górę po schodach. J. powlókł się za mną do mojego pokoju, żeby zobaczyć, gdzie i jak mieszkam.
H. oczywiście nie było -- jeździł do domu w piątek popołudniu i wracał w poniedziałek o siódmej rano.
Weszliśmy.
--Całkiem przytulnie tu się urządziliście -- stwierdził J.
--Ale atmosfera bywa ciężka -- odparłem.
--Nie kumam.
--Coś wysysa ze mnie energię, nie daje się wyspać rano..
--Może masz tu żyłę wodną?
--Tak. A na imię ma H.
--Aha. Znam ten ból. No to na razie. Śpik mnie bierze. -- J. stuknął obcasami, karykaturalnie zasalutował i wyszedł. Ja sam zastanowiłem się, czy chce mi się iść na koniec korytarza pod przysznic, ale odłożyłem to na następny dzień. Wybrałem z półki kasetę Sounds of distant Earth Oldfielda i oddałem się w słodkie objęcia Morfeusza, brata śmierci.

* * * *

Od tego czasu spotykałem J. bardzo często. Miałem z nim lepszy kontakt, niż z ludźmi ode mnie z grupy. Nie mogłem usiedzieć w jednym pokoju z H, więc uczyć się jeździłem do biblioteki, a gdy nie było nic do zrobienia, popołudniamiwa snułem się po ulicach Ochoty lub korytarzach Alcatraz'u. Nieodmiennie po jakimś czasie zawsze trafiałem na J. Po pewnym czasie zaczęliśmy po prostu wpadać do siebie i wychodzić razem.
Mieliśmy swoje ulubione miejsce na szóstym piętrze, przy kaloryferze. Ja przynosiłem swoje rysunki, J. gitarę, czasem czteropak piwa, a gdy nadeszła zima -- miód pitny, który podgrzewaliśmy na kaloryferze i piliśmy z musztardówek. Nie wyglądało to dziwnie, bo wiele osób wychodziło z pokoju na korytarz, żeby zapalić i często zostawało na dłuższej pogaduszce. Dziewczyn mieszkało w akademiku niewiele, większość z nich miała już swoją drugą połówkę, z resztą mnie one nie interesowały: przecież w Łomży czakała na mnie moja Marta. Wielu innych było w podobnej sytuacji, więc tutaj na prawdę doceniało się męską przyjaźń. Szczególnie, jeśli ktoś miał takiego współlokatora, jak ja.
Albo J.
Podczas jednej z naszych rozmów zwierzył mi się, że jego roommate kilka już razy próbował się do niego dobrać. J. mimo bardzo otwartego i liberalnego światopoglądu był twardo zdeklarowanym hetero. I cenił sobie bardzo swobody i prawa osobiste. Jego roommate był za razem jego bardzo dobrym kumplem, i wszystko to były tylko głupie żarty, jednak J. obawiał się, że kiedyś jego współlokator może znacznie przekroczyć granicę dobrego smaku.
A J. wolał zachować dziewictwo dla tej jednej.
No cóż: ja też ciągle w wieku 19 lat nie dotarłem jeszcze do bazy domowej.

* * * *

W końcu, którejś niedzieli po Nowym Roku zadzwonił Bizun. Spytał kiedy może przyjść podrzucić scenariusz. W jego głosie nie wyczuwało się już zrezygnowania i złości, jak przy naszym pierwszym spotkaniu. H. nie było, ja też nigdzie się nie wybierałem, więc odpowiedziałem, że choćby zaraz. Na początku ledwo go poznałem: był ogolony, uczesany i uśmiechnięty. W ręku trzymał plik kartek z wydrukami z igłówki.
--Jakby ci się udało na początek zrobić po prostu kilka ilustracji do tego tekstu, bez żadnych konkretnie narzuconych ograniczeń. Jak coś wyjdzie, to spróbuję załatwić publikację.
Wziąłęm od niego wydruki: było tam zszyte coś 10 kartek zadrukowanych po obu stronach.
--Zobaczę, co się da z tego zrobić.
--Nie musisz się spieszyć, dobrze wiem, że takich rzeczy nie robi się na zawołanie. Jak coś będziesz miał za miesiąc, czy za dwa, to też będzie dobrze. Teraz niestety muszę lecieć, bo jestem umówiony w Markach... Do zobaczenia!

Rzuciłem okiem na przyniesiony przez Bizuna zeszyt: Strona tytułowa zawierała tylko złożone z krzyżyków i innych znaków ASCII tytuł "Podróżnik" i autora: "Iego Ferromagnetyczność of EXILE". Otworzyłem na chybił-trafił i zacząłem czytać:

...drobna chuda dziewczynka, przypięta była w dość niewygodnej pozie do przyżądu w kształcie odwróconej litery T. W kibici ściskał ją szeroki skórzany pas, nogi zgięte w kolanach rozchylone były jak najszerzej, tak iż podeszwy stóp dotykały do siebie jak ręce złożone do modlitwy. Na kostkach widniały skórzane opaski przymocowane w miejscu złączenia belek przyrządu, kolana zaś przytrzymywały pętle rzemieni przywiązane do końców poprzecznej belki. Ręce zawinięto do tyłu nad ramionami z łokciami pod brodą i przykuto skórzanymi kajdankami. Całość posiadała obrotowy...

A to ci dopireo!
Mimo woli poczułem jak oblewam się rumieńcem. Zostawiłem sobie tę lekturę do poduszki. Zawsze po podobnej literaturze miewałem cokolwiek interesujące sny.

Tak było i tym razem: jedynie we wszystkich scenach mego snu dziewczyna-niewolnik miała twarz Marty.

2. Czarnoksiężnik.

Pewnego marcowego dnia poszliśmy z J. na Nowy Świat do siedziby Uniwersytetu spotkać jego starych znajomych z rodzinnego miasta, studiujących tam. Była to zgrana paczka, więc na początku czułem się w ich towarzystwie nieco jak piąte koło u wozu. Jednak jak się zaraz potem okazało towarzystwo nie było hermetyczne i szybko pojawiło się kilka osób, których J. też nie znał. Na przykład M. -- drobniutka kobietka o płomiennorudych włosach i nieco nieobecnym spojrzeniu. Od razu przyciągnęła moją uwagę, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo moje losy splotą się z M.
Przegadaliśmy na dziedzińcu dobre półtorej godziny, po czym J. i ja zostaliśmy zaproszeni na imprezę w weekend w akademiku na ul. Żwirki i Wigury, już nie pamiętam czy w Żwirku, czy w Muchomorku. Towarzystwo udało się na jakieś ćwiczenia (wykłady opuścili, tak jak my, żeby się spotkać), a J. i ja wynieśliśmy się przez główną bramę. Dochodziła pora karmienia, więc zboczyliśmy do Indexu na piwo i parówki.

Wtedy też poznałem Roberta.
Widywałem go już wcześniej, ale nigdy twarzą w twarz. Robert nie wyróżniał się z tłumu niczym szczególnym. Ubierał się w szare spodnie i marynarkę, wyraźnie nie od kompletu, ale nigdy nie zakładał krawata i często miał pognieciony kołnierzyk w swoich ulubionych kolorowych koszulach. Był średnio wysoki, a gęste, długie do ramion kruczoczarne włosy, nienagannie utrzymane, nosił rozpuszczone. Twarz miał nieco pociągłą, o ostrych rysach, za to oczy... Piękne jak u porcelanowej lalki, w najczystszym odcieniu głębokiego błękitu, lecz patrzące chłodno i obojętnie. Nie sądzę, żeby się perfumował, ale w bezpośredniej bliskości wydzielał z siebie intrygujący orientalny zapach, jak w sklepie z gadżetami z Indii.
Kiedy zostaliśmy sobie przedstawieni przez J. który znał go już od roku, Robert okazał się być osobnikiem bardzo inteligentnym i oczytanym, o nad wyraz otwartym umyśle i szerokich zainteresowaniach; jednak w rozmowie zachowywał wyraźnie pewien dystans do rozmówców, zarówno do mnie, jak i do J. Jestem może trochę wyczulony na te sprawy, ale wydało mi się, że coś ukrywa.

I miałem rację. Robert był perfekcyjnie przeciętnym przedstawicielem młodej inteligencji mojego pokolenia. Z jednym wyjątkiem. Był czarnoksiężnikiem. Prawdziwym. Nie domorosłym satanistą, praktykującym wedle informacji zasięgniętych z tekstów deathmetalowych utworów i psioczącym na Kościół. Nie obwieszonym amuletami brudasem, który na pamięć zna "MAGICK" Aliestera Crowleya, ale umie tylko gadać. I nie szarlatanem, który ubrany w czarny płaszcz odgrywa ku uciesze gawiedzi przedstawienie krojąc na kamiennym ołtarzu w starej piwnicy brzuch bezpańskiego psa.

Nie. On nie musiał się zachowywać jak czarnoksiężnik. Po prostu nim był. I to cholernie potężnym.
I niemal równie złym.

Ale nie uprzedzajmy faktów.

* * * *

[c.d.n]