ビズン

RAJSKIE ŻYCIE

Opowiadanie pisane z nienawiści do rządu Stanów Zjednoczonych, a dodatkowo nakręcone mocnymi wrażeniami po przyswojeniu sobie takich wykwitów jak "Żołnierze kosmosu", "Wieczna wojna" i pewien serial, którego tytułu nawet sobie nie przypomnę (wspaniały epizod Davida Duchovnego jako androida, mistrza gry w bilard). Całość śmierdzi cyberpunkiem i jest mocno niedopracowana. Zakończenie dopisane nieco na siłę...
Nie mniej, mimo kilku kiksów i komunistyczno-anarchistycznej propagandy w tle, fabuła trzyma się kupy -- głównie dzięki ostatecznemu oszlifowaniu podczas przepisywania z wydruków.
PRZEZNACZONE DLA WIDZÓW PEŁNOLETNICH!
NIEKTÓRE SCENY MOGĄ SZOKOWAĆ!

Zostaliście ostrzeżeni.

  1. Odc.1
  2. Odc.2
  3. Odc.3
  4. Odc.4
  5. Odc.5
--== WRÓĆ ==--

Odc.1

To był pełen pracy wieczór. Istne urwanie dupy. Yon przyszedł do swojego mieszkania dopiero o czwartej nad ranem. Poza nim pracowały dziś tylko dziewczynki, a jak na złość zwaliło się aż sześciu klientów z "odmiennymi potrzebami": pięć bab po czterdziestce wiecznie mających problemy z orgazmem i jeden zidiociały pedał.

Yon przyjechał do Stanów rok temu. Oczywiście na nielegalu. Nie mógł podróżować pod własnym nazwiskiem, bo szukała go policja Zjednoczonej Europy, Wszechrosji i Arabskiej Afryki Północnej. Fortunę kosztowało usunięcie karty chipowej spod skóry i załatwienie paszportu Księstwa Monako -- aby uciec do państwa, które nie podpisało umów o ekstradycję z żadnym z trzech mocarstw.
Oczywiście, pieniądze skończyły się szybko, a nie mógł prosić żadnego ze starych współpracowników o pomoc.

Nie mógł znaleźć żadnej pracy, więc przystał na ofertę klubu 'Romantique'. Gdyby wiedział, w co się pakuje nigdy by się nie zgodził, ale dopiero potem zobaczył, że pracuje w zwykłym burdelu. I to nawet nie jako alfons czy porządkowy, ale jako dupa do wynajęcia. Podobno żadna praca nie hańbi, a wstydzić trzeba się tylko kraść, ale niedobrze się czuł w 'klubie'. Tu był tylko sztuką ciała i niewolnikiem.

Za każdym razem obiecywał sobie, że z tym skończy gdy uzbiera nieco forsy; ale pieniądze się go nie trzymały. Jego skromne oszczędności nie wystarczały na wyrwanie się z tej dziury: St.Paul Vilage w środkowym Texasie; trzystuosobowej osadzie, żyjącej z przebiegającej przez nią autostrady, która dostarczała klientów jedynej instytucji usługowej w mieście -- burdelowi 'Romantique'.

Był tylko jeden sposób, aby się zerwać kontrakt przed czasem bez płacenia wykupnego -- znaleźć kogoś na swoje miejsce. Ale kogo namówić w tej zamieszkanej tylko przez dziwki i starców dziurze, gdy dookoła w promieniu stu dwudziestu mil jest tylko spalony słońcem texański step..?
Żeby znaleźć frajera trzeba wyjechać, żeby wyjechać trzeba mieć forsę.
Z pojazdem nie było by problemu. Yon zabrał ze sobą z Europy motocykl, którego, póki jeszcze mógł, używał. Potem jednak nie było go już stać nawet na najtańsze paliwo alkoholowe i BMW R-4 z wózkiem bocznym poszedł w odstawkę. Yon nie sprzedał go, choć trafiali się klienci.
Jednak żaden nie oferował ceny wystarczającej na zerwanie z 'klubem'.
Maszyna dawała ciągle nadzieję, że kiedyś nastaną lepsze czasy i będzie można wyrwać się...

Taak... Szopa, której nie można nazwać domem, materac, telewizor, kilka gratów i motor, którego nie można użyć: oto cały dobytek Yona.

Myślał o tym wszystkim teraz próbując zasnąć W zeszłym tygodniu jakiś naćpany zarżnął tępym nożem Ninę -- dziewczynę spod siódemki -- należało się jej. Była wredna. Kiedy wychodził do domu, zobaczył samochód van Eckera -- handlarza żywym towarem; pewnie przyjechał na zamówienie szefa z kimś nowym na miejsce Niny.
Jutro zobaczy się, kto to.

* * *

Nazywała się Jane i miała szesnaście lat. Yonowi udało się z nią przez chwilę porozmawiać. Była ruda i agresywna -- inna niż wszystkie. Przywieziono ją tu z jakiegoś miasta na północ stąd. W przeciwieństwie do Yona wiedziała w co się pakuje -- ale potrzebowała forsy i wmówiono w nią, że to najszybszy i najłatwiejszy sposób. Powiedział jej o tym, jak tu jest: jeśli raz wpadniesz, to już nie wyjdziesz do końca życia; ale nie wzięła tego do siebie. Była wielkomiejską idiotką i wszystko traktowała jak zabawę. Jednak -- była nieco szurnięta, ale nie głupia i być może potrafiłaby się tu ustawić.
Nie mieli zbyt dużo czasu -- pierwsi klienci zaczęli się pokazywać już o piątej. Kiedy Jane kręcąc swym tyłeczkiem szła do swojego pokoju, Yon spojrzał za nią i postanowił: Nie pozwoli ani jej, ani sobie zostać tu na całe życie. Nawet jeszcze nie wiedział, jak to zrobi, ale wkrótce oboje stąd wyjadą.
A okazja miała się nadarzyć szybciej, niż ktokolwiek się tego spodziewał.

Późnym wieczorem, po robocie, wpadło do Yona Butch -- wielki, umięśniony facet, rówieśnik i towarzysz, też "pracujący" w 'Romantique'. Był dziwnie podekscytowany, choć zaczął rozmowę całkiem zwyczajnie.
-- Wpadła ci w oko ta ruda, nie?
-- A tobie co do tego?! -- spytał Yon
-- No... nic! Masz już dwadzieścia lat, więc pora chyba się ustatkować, założyć rodzinę....
-- Wiesz dobrze, że trzyma mnie w tej dziurze umowa.
-- A co jest napisane w umowie? -- spytał tajemniczo Butch.
-- Że mam w razie chęci opuszczenia tego przytulnego miejsca "zrefundować straty właściciela"; czyli wykupić się jak niewolnik, albo znaleźć gogoś na swoje miejsce... Ale jak to zrobić? Tutaj i tak wszyscy są jakoś związani z tym burdelem, a dookoła tylko pustynia i żadnego frajera.
-- I tu się mylisz!! Bardzo wielu ludzi chętnych do zajęcia twego miejsca mieszka znacznie bliżej, niż sobie kiedykolwiek wyobrażałeś! Pamiętasz tego grubego, co przyjechał tą krypą bardziej podobną do amfibii niż do samochodu? Wynajął mój pokój na całe popołudnie. Ostro się wziął do roboty, ale już za trzecim razem tak się zmachał, że zasnął. Skorzystałem z okazji i przejrzałem jego graty. Nic interesującego: pięć kart kredytowych, pleśniejąca powoli kanapka i NotePad. Ale to mnie zaciekawiło. -- Butch wyciągnął z kieszeni złożony arkusz papieru; rozprostował na stole i pokazał Yonowi. Był to fragment jakiejś mapy.
-- Co to? Buchnąłeś to staremu? Za mało masz kłopotów??
-- Coś ty. Miałem tyle czasu, że zszedłem do biura i skorzystałem z faxu jako kopiarki..
-- Mnie tego nie musisz tłumaczyć. Co ta mapa przedstawia?
-- Tutejsza okolicę. Tu jest ST. Paul Village; ta czerwona kreska to autostrada, która nas żywi i ubiera... A to?? -- Głos Butcha stawał się coraz bardziej tajemniczy; w jego oczach błyskał jakiś niesamowity entuzjazm.
-- Tego nie ma na żadnej innej mapie. -- odparł Yon. -- Według skali to jest jakieś trzydzieści mil stąd. Podpisane jest SL-AA 137. Ty pewnie wiesz coś na ten temat!
-- Taak... Grzebałem potem w komputerze tego faceta. Pierwszy stopień zabezpieczeń złamałem dość łatwo. Tam było napisane, że to jest jedna z tych tajnych placówek "wychowania wzorowych żołnierzy"...
-- Hodowla ludzi! Przecież w 2015 oficjalnie wszystkie zamknięto!
-- Oficjalnie, i tylko te, które były znane wrogowi. Tak jak z reaktorami produkującymi pluton w 1996. Ale wracając do tematu. Jest to placówka całkowicie automatyczna. Ten facet akurat wracał z inspekcji. Dalej... Zabezpieczenia są tylko od środka; jeżeli chcesz wejść, wystarczy otworzyć bramę. Nieco bardziej utrudnione jest wyjście na zewnątrz, jeżeli nie ma się klucza i nie zna kodów, ale oto się nie martw. I najważniejsze: produkowani są żołnierze obu płci.
Do Yona zaczęło powoli docierać znaczenie tych słów. Natychmiast udzielił mu się entuzjazm Yona.
-- Wiem do czego zmierzasz! Kilku dziko wzrastających małolatów po sesji uwarunkowania mogłoby nas zastąpić, a my w tym czasie siedzielibyśmy z Rudą w Kaliforni. Pomysł jest szalony, ale według mnie całkiem realny. Co może być NAM potrzebne?
-- Wiedziałem że się zgodzisz!!!

* * *

Do późnej nocy planowali razem skok na państwową własność. Za dwa tygodnie, w pierwszy weekend po pełni mieli wyruszyć po swoje szczęście. W razie niepowodzenia mogli stracić wszystko; w przypadku sukcesu stawali się wolni. Gra warta była świeczki.

Ciąg dalszy w następnym numerze.

.:początek:.

Odc.2

Yon przyglądał się stojącemu przed jego "chatą", gotowemu do drogi motocyklowi. Napełnienie baku tej starej maszyny kosztowało go całotygodniwy zarobek. Dziś miało się rozstrzygnąć: albo się uda, albo Yon do usranej śmierci będzie siedział w tej dziurze.
Przyszedł Butch. Niósł przewieszoną przez ramię torbę z narzędziami -- kilka drobiazgów, z którymi czeladnik włamywacza nigdy się nie rozstaje. Yon często zastanawiał się, czemu jego towarzysz znalazł się tutaj; ze swymi zdolnościami mógłby się nieźle urządzić w jakimś wielkomiejskim gangu. Zawsze będzie zapotrzebowanie na ludzi umiejących otwierać zamknięte drzwi. Nigdy o to jeszcze nie pytał, ale kiedyś to zrobi.
Na razie najważniejsze jest, aby wyrwać się z St. Paul's Village. Weekend, jak zawsze w co drugi tydzień, mieli wolny. Pogoda sprzyjała: było bezwietrznie, a słońce stało nisko słabo oświetlając świat. Nadchodziła stepowa jesień.
Butch wrzucił swój dobytek do wózka bocznego i usiadł na siedzeniu z tyłu. Yon siadł za kierownicą. Wyjął ze schowka kompas i przykleił go taśmą pomiędzy wskaźnikami na tablicy rozdzielczej. Odpalił silnik -- maszyna zaskoczyła od pierwszego razu.
Yon i Butch wyjechali za osadę i skierowali się na południowy wschód -- ku swemu przeznaczeniu.

Kierując się mapą i kompasem szybko przemierzali wielkie przestrzenie spalonego słońcem stepu. Już po dwu godzinach jazdy na horyzoncie ukazały się sylwetki zabudowań stacji SL-AA 137. Po kilkudziesięciu minutach byli na miejscu: na betonowym placu przed bramą wjazdową.
Przed nimi rozciągała się wysoka na jakieś dwadzieścia metrów betonowa ściana z wielką żelazną bramą po środku. Lewego i prawego krańca muru nie mogli dojrzeć. Zza tego ogrodzenia widać było jedynie jeden gmach w kształcie stromej ściętej piramidy.
Butch zsiadł z motocykla i przyjrzał się przeszkodzie.
--Ściana jest pochyła i w zasadzie nie sprawiłoby kłopotu gdyby się po niej przeczołgać na drugą stronę. Ale my wejdziemy drzwiami. -- Wziął z wózka bocznego swoją torbę i wyciągnął z niej jakiś przyrząd. Załadował do niego wyjęte z kieszeni baterie, włączył, a potem skierował pomalowaną na czerwono ściankę w dzwi. Manipulował nim przez chwilę, ale urządzenie poza świeceniem kontrolki zasilania nie wykazywało żadnej aktywności. Butch wyłączył je więc i wyjął baterie.
--Nie ma czujników optycznych! Nikt nas nie podgląda! Po mojemu są zbyt pewni siebie. -- Powiedział ucieszony. -Weź sprzęt ciężki, Yon, i pomóż mi!
Yon zabrał leżący na spodzie wózka motocykla rak do prucia kas pancernych i razem z Butchem podszedł pod wrota. Przyjrzał im się: Były doskonałe -- gładka czarna stal; żadnej rysy, żadnych nitów, śrub czy otworów -- nic, tylko niewielka wklęsłość na płytkę-klucz na wysokości barków.
--Tymi nożyczkami chcesz to otworzyć? -- Spytał wskazując na trzymany w ręce przedmiot -- Ciężki czołg miałby kłopot!
--Nie ucz księdza pacierza! Sposobem! -- Odpowiedział Butch. Wyjął z torby młotek i zaczął opukiwać trzonkiem bok wnęki, w której były osadzone drzwi. W pewnym momencie beton odpowiedział głuchym dźwiękiem, świadczącym o ukrytej pod nim pustej przestrzeni.
--Chodź tu i przywal najmocniej jak potrafisz! -- zawołał do Yona podając mu młotek.
Cienka warstwa chudego betonu ustąpiła za pierwszym razem ukazując stalową kasetkę. Yon rozpruł ją rakiem i przyjrzał się wnętrznościom: Za strzępami blachy widniały dwa rzędy pozłacanych styków połączone plątaniną kolorowych przewodów.
--Co taki zdziwiony?? -- Spytał Butch -- A jak myślisz, jak by się technicy dostali do środka, gdyby się zamek w drzwiach zaciął? No; ludu, DO ROBOTY!
Wyjął z torby jakiś przyrząd. Yon rozpoznał popularny zagłuszacz alarmu. Bawił się czymś takim jeszcze w Europie. Butch podłączył go do kilku zacisków w świeżo wybitej dziurze i włączył. Wskazówka wbudowanego w aparat galwanometru stała na zerze. Teraz Butch wyjął z torby komputer i czujnik magnetyczny. Połączył je z sobą, a potem umieścił czujnik we wgłębieniu w drzwiach. Uruchomił program wyszukujący kod. W zagłuszaczu zapaliło się kilka kontrolek,a wskazówka leniwie przesunęła się na środek zielonego pola. Komputer drążył pamięć zamka wysypując na ekran kolumny cyfr. Jedną z kombinacji wyróżnił wyświetlając w inwersie u dołu ekranu. Zagłuszacz zamrugał kontrolkami, a wskazówka powoli zaczęła podążać w stronę żółtego pola i niebezpiecznie zbliżała się do czerwonej kreski. Komputer pracował dalej. W pewnym momencie przerwał. Na ekranie ukazała się właściwa kombinacja. Wskazówka zagłuszacza alarmu zawisła złowieszczo tuż przed czerwonym znakiem.
Te trzy sekundy trwały całą wieczność.

Nagle Yon i Butch usłyszeli jęk stalowych dźwigarów. Wrota drgnęły i zaczęły się rozsuwać. Wskaźnik zagłuszacza alarmu znów stał na zerze. Butch szybko spakował sprzęt na powrot do torby. Razem z Yonem czekał, aż szpara między stalowymi płytami będzie na tyle duża, aby można było wjechać do wnętrza motocyklem.
Po niespełna minucie Butch, Yon i harley byli w środku. Yon zatrzymał motocykl i rozejrzał się.
Przed jego oczami rozciągał się widok na całą placówkę. Za bramą wjazdową ciągnęła się szeroka ulica. Po obu jej stronach, w równych rzędach stały przysadziste, dwupiętrowe bunkry. Jakiś kilometr na wprost, na przeciw bramy wznosił się wysoki budynek w kształcie piramidy. Było to centrum sterowania. Natomiast gmach, który był widoczny z zewnątrz, stał po lewej stronie. Napis na pancernych drzwiach głosił, iż jest to atomowa siłownia dostarczająca energii elektrycznej.
Yon i Butch nie mieli tam nic do załatwienia. Nie zsiadając z motocykla udali się w kierunku centrum. Usłyszeli tylko za sobą huk zatrzaskującej się bramy wjazdowej.
Po kilku minutach stali przed drzwiami prowadzącymi do wnętrza budynku centrum sterowania. Otworzyły się za naciśnięciem klamki. Obaj przybysze byli zaskoczeni -- po TAKIEJ pancernej bramie spodziewali się czegoś więcej. Za drzwiami znajdował się korytarz. Kierując się wskazaniami tablic informacyjnych udali się do pomieszczenia głównego komputera.
Po wspięciu się po kilometrach stromych schodów (woleli nie używać wind) i sforsowaniu kilku opornych zamków znaleźli się na miejscu. Pomieszczenie centralnego komputera okazało się być dość obszerną salą. Całą ścianę na przeciw wejścia zajmował panoramiczny ekran monitora oraz panele sterownicze. Na pozostałych ścianach rozwieszone były ogromne kolorowe plany przedstawiające całą bazę, instalacje podziemne, oraz szczegółowy plan budynku centrum sterowania. Yon przyjrzał im się bliżej: Według tego, co przedstawiały, SL-AA 137 Była zbudowana na planie kwadratu o boku dwu kilometrów. W środku każdego z boków była pancerna brama -- taka, jaką przed kilkunastoma minutami sforsowali -- a przy każdej z nich atomowy generator mocy, po to, aby technicy je konserwujący nie musieli wchodzić wgłąb terenu. Idealnie w środku stała piramida o podstawie kwadratu o boku 300 metrów -- centrum dowodzenia. Całą pozostałą przestrzeń wypełniały ustawione w równych odstępach owe dwupiętrowe baraki -- to właśnie w nich, w szklanych inkubatorach wzrastali zanurzeni w pożywce 'żołnierze doskonali'.
To przygnębiające. Ludzie z Overlandu już dawno zdławili w sobie nienawiść i przebaczyli sobie wzajemną niechęć. Udało im się nawet zakończyć trwający od 1992 roku konflikt na Bałkanach. Żyją sobie teraz w swoich miastach-lasach, prawie wcale nie pracują i latają na Marsa i z powrotem jakby to było na drugą stronę ulicy. A rząd USA dalej marnuje pieniądze podatników na zbrojenia i nazywa mieszkańców azjatyckiego mocarstwa 'komunistami'.

Butch pierwszy zaspokoił swą ciekawość.

--Dupy w'wierch!1
--Że co..?
--Wywołamy przez tego molocha wydanie trzech rekrutów. Takich, co wyglądają na 16-17 lat. Potem trzeba ich będzie odpowiednio przeprogramować. A co dalej, to już chyba nie muszę tłumaczyć...
--YEA!!!

Podeszli do panela komputera. Butch wyciągnął z kieszeni kawałek papieru pokryty kolumnami ośmiocyfrowych liczb i jakimiś odręcznymi notatkami. Uruchomił terminal i zaczął grzebać w konfiguracji systemu.
--Co robisz? -spytał wyraźnie tym zaciekawiony Yon
--Ta maszyna prowadzi stały zapis wszystkiego, co się tu dzieje. Nie da się tego wyłączyć, ale poradzimy sobie w inny sposób: skierujemy zapis z najbliższych dwu godzin w przód i w tył do banków pamięci samego kontrolera systemu. Tego się nie da nijak wyciągnąć. Hasło zna zapewne tylko przezydent i budowniczy tego ustrojstwa. Kontrola wypada co cztery lata, więc nasza tu obecność zostanie przez długi czas niezauważona. W to wycięte miejsce skopiowane zostaną zapisy z wczorajszego dnia. -- Butch manipulował jeszcze przez chwilę przy klawiaturze, potem przeciągnął się w krześle i powiedział:
--Składamy zamówienie! Oto lista płodów, które mają już od 4 do 4.5 roku.
--Nie za młodzi oni czasem?
--W rzeczywistości stopień rozwoju biologicznego jest jak u szesnasto-siedemnastolatków. Oni tu strasznie szybko rosną.
--??
--Nie martw się. Po wyjęciu z płynu będą już żyć normalnie; jakieś 70-80 lat.
--No to dwa chłopaczki i dziewczyna. Tylko żeby była ruda.
--Z tym nie ma problemu. Oni są wszyscy albo rudzi, albo w ogóle bez barwników; efekt manipulacji na genach. No to jazda! Rudy, ruda i albinos raz, proszę! -- Zawołał Butch i wystukał coś na klawiaturze. -- Są już w drodze do pomieszczenia zapisu świadomości.
--Ale ty, Butch! Ten szmelc ma pewnie w pamięci tylko osobowości przydatne w armii! W najlepszym razie wypadną nam najemni mordercy.
--Nie bój nic. Wiesz, co to jest? -- Butch pokazał Yonowi wyciągnięty z kieszeni przedmiot.
--Noo.. Kaseta pamięci holograficznej.
--A na niej wszystko, co nam jest potrzebne! -- Wcisnął pamięć do odpowiedniego slotu i wybrał potrzebną opcję programu. -- Jakie imiona? -- Spytał.
--Nasze: Butch, Yon i Jane. -- Ręka Butcha szybko przeleciała po klawiaturze.
--Siedzi. Teraz można się przespać, coś zjeść, albo iść się wysrać. Kodowanie informacji do ich mózgów zajmie dokładnie 47 minut.

Ciąg dalszy w następnym numerze.

.:początek:.

[C.D.N]

(c)1996 by
Iego Ferromagnetyczność


Przypisy:
1 Дупы вверх!


--== WRÓĆ ==--