ビズン

DEMON

Moja pierwsza wielka produkcja. Mikronowela w odcinkach, która żyła własnym życiem od publikacji do publikacji. Zaczęło się od małego żarciku, który jednak dość łatwo dał się kontynuować. Koncepcja demonów jest podobna do tej, jaką spotkamy w "Panu Światła" R. Zelaznego, koncepcja piekła jako instytucji de facto zarządzanej przez Niebo jest chyba podobna do tej w "Mistrzu i Małgorzacie" Bułhakowa. Żal tylko, że jak wiele moich dzieł, to jedno także nie zostało zakończone i trwa w zawieszeniu. Nie sądzę jednak, abym teraz miał chęć na siłę dopisać ciąg dalszy i zakończenie.
Całość nieco chaotyczna i aż ociekająca młodzieńczym niewyżyciem w sferach damsko-męskich, tudzież fascynacją zbrodnią i półświatkiem. Gdybyż nasi szacowni rodzice tylko wiedzieli, co my wypisujemy i czytamy!
No właśnie: W tym miejscu chcę zaznaczyć, że nie pochwalam poczynań bohaterów tej opowieści i nie utożsamiam się z nimi.
PRZEZNACZONE DLA WIDZÓW PEŁNOLETNICH!
NIEKTÓRE SCENY MOGĄ SZOKOWAĆ!

Zostaliście ostrzeżeni.

  1. Spotkanie
  2. Szef sektoru
  3. Grünplatz
  4. Olgierd
  5. Bertha
  6. Olgierd raz jeszcze
  7. Narodziny szczurów miasta
  8. Trzeci
  9. Pierwszy kęs
--== WRÓĆ ==--

1. Spotkanie

Orżnijelenia wrócił z giełdy do swojej szopy tuż po północy. Dzisiaj nabrał więcej frajerów, niż kiedykolwiek: poszła cała partia trefnego, źle skopiowanego i robaczywego towaru. Sprzedał nawet jakiemuś totalnemu lamerowi "cacko z dziurką", czyli dyskietkę z przedziurawionym nośnikiem.
Nagle na zewnątrz rozpętała się burza z piorunami i do drzwi szopy ktoś zapukał.
Orżnijelenia otworzył.
Za drzwiami stał diabeł. Ubrany był w bardzo elegancki, suchy mimo szalejącej ulewy garnitur, w szponach dzierżył aktówkę z bydlęcej skóry; kopyta miał polakierowane na czerwono, a ogon z kitką zwisał niedbale przerzucony przez ramię. Zapachniało ozonem i siarką. Diabeł powiedział:
--WITAM.
--Co, już? Ale...-- Spytał matowym głosem przerażony Orżnijelenia.
--Nie o to biega -- przerwał mu zniecierpliwiony diabeł -- Jeszcze nie umarłeś. Popełniłeś już czterdzieści cztery grube świństwa, wobec tego twój status został oficjalnie zmieniony z "drobnego cwaniaczka" na "pierdolonego skurwiela" i wszedłeś, niejako, w nasz zasięg. Zgromadzenie orzekło, że nie zasłużyłeś sobie jeszcze na śmierć, więc twoje ciało pozostanie po prostu pod naszą kontrolą. Masz tu cyrograf, wypełnij.
--Krwią?
--Jaką znowu krwią. To jest dokument, a krew blaknie. Pisakiem olejnym albo długopisem.
Teczka diabła otwarła się i wyfrunął z niej czterostronicowy formularz, który zatrzymał się na stole.
Diabeł tymczasem, jak gdyby nigdy nic, włączył sobie telewizor, wziął sobie bezczelnie piwo z turystycznej lodówki pod stołem i oddał się czarciej rozkoszy.
Gdy Orżnijelenia skończył, papier sam się sprawdził i poddał korekcie. Następnie znów otwarła się aktówka diabła i wyleciała stamtąd wielka pieczęć, która z hukiem przybiła dokument, po czym w raz z nim wróciła do teczki.
Czart wylał resztkę piwa do telewizora, który zareagował na to snopem iskier, wziął z podłogi teczkę i powiedział:
--Czekaj zaraz wracam.
I znikł.
Wrócił po minucie z jakimś drugim, w waciaku i bereciku z antenką.
--Zaczynamy -- powiedział.
Orżnijelenia poczuł się nagle jakoś tak dziwnie. Wreszcie się zorientował: Wyciągali jego duszę z ciała!
--To bezprawie! Powiedziałeś, że będę żył! -- krzyknął.
--He he he! Powiedziałem, że będzie żyło twoje ciało. Wsadzimy w nie jakiegoś demona, a ty idziesz z nami -- odpowiedział ten w garniturze.
I zabrali go.
Po dziesięciu minutach Orżnijelenia siedział już na minus-szóstym poziomie, gdzie cierpiał męki słuchając modułów Timer'a.

A wy co, myśleliście, że się wywinie? A figę!
(Ale w następnym odcinku zwieje...)

C.D.N.

2. Szef sektoru

Muzyka ucichła. Ktoś zaczął odryglowywać drzwi celi. Orżnijelenia odwrócił swoje przekrwione z braku snu oczy w tę stronę. Otwarto wszystkie siedem zasuw i wrota uchyliły się ze zgrzytem. Do celi wszedł "Przedpołudniowy", dyżurny strażnik, diabeł.
--Rusz się, człowieku! Urzędowe sześć tygodni minęło!
--?????
--Nic nie wiesz? Przecież w korytarzu wisi regulamin!
--Nie wychodziłem stąd.
--Hmm... No to masz zaległe siedemdziesiąt dwie godziny spaceru. Na prawdę nikt ci nie otwierał? Trzeba będzie opierdzielić "Wieczornego". no wstawaj, Szef Sektoru chce cię widzieć.
--A na kiepe?
--Nie wiem, ale pewnie będziesz miał jakąś przyjemną robotę, he he.
Słowa te przestraszyły Orżnijelenia: już widział siebie wykonującego przez całe tysiąclecia bezsensowne, męczące prace. Ale rzeczywistość miała się okazać mniej mroczna.
Doszli do podwójnych bazaltowych drzwi. "Przedpołudniowy" otworzył i kazał więźniowi wejść.

Wnętrze gabinetu szefa wyglądało wyjątkowo demonicznie: nierówna podłoga, skrzywiona perspektywa, dziwacznie wyglądające sprzęty i wszędzie piętrzące się pod sufit stosy gnijących dokumentów. Na przeciw drzwi, za kanciastym granitowym biurkiem siedział szef sektoru.
--Czy wiesz po co tu jesteś? -- spytał bez zbędnych wstępów.
--Nie.
--Więc ci wyjaśnię: My, tutaj na dole, jesteśmy zakładem resocjalizacji. Dusze, czyli świadomości, żyją na Ziemi w swoich cielesnych powłokach. Te doskonałe po śmierci przechodzą do lepszego świata, te słabsze poddajemy tutaj oczyszczeniu.
--Nie rozumiem.
--Co za imbecyl. Słaba świadomość ulega naszym wpływom, wy to nazywacie kuszeniem; takie dusze siedzą tutaj jakiś czas, a potem wracają na Ziemię i są ponownie poddawane próbie. Jeśli mimo wszystkich naszych starań jakaś świadomość pozostanie bez skazy, to zabierają ją ci z Góry; jeśli jednak choć trochę nam ulegnie, to zawsze wraca tutaj.
--No fajnie. Ale co to ma wspólnego ze mną?
--Po prostu: jeden z naszych specjalistów od psychoanalizy wpadł niedawno na pomysł, jak w celu obniżenia kosztów, zrobić dwie rzeczy na raz. To znaczy jedną duszę oduczyć czynienia zła, a inne poddać próbie.
--A dokładniej?
--Dostaniesz ciało demona i będziesz na Ziemi robił możliwie duże zamieszanie, aż ci się odechce. Oczywiście w stałym kontakcie z nami.
--Zapowiada się ciekawie...
--Nie podniecaj się niezdrowo. Znudzi ci się szybciej, niż myślisz. przez trzy dni zaległego spaceru nauczysz się poruszać w swojej nowej powłoce. Potem zaatakujesz pierwszą ofiarę. Będziemy ci stale przesyłać instrukcje. Teraz podpisz te papiery i idź z nimi do pomieszczenia 4268.
--A jeśli się nie zgodzę?
--Twoja sprawa. Możesz być resocjalizowany metodami tradycyjnymi: mamy kotły ze smołą albo z siarką, basen z gównem, madejowe łoże, komputery z windowsem... Wybór należy do ciebie.
I Orżnijelenia podpisał.

W pomieszczeniu 4268 wszczepiono jego świadomość w standardowy zezwłok demoni, po czym wystrzelono na Powierzchnię.
Powłoka energetyczna, jaką jest ciało demona, dawała niesamowite możliwości. Demony, w porównaniu do ludzi, mają przede wszystkim więcej narządów zmysłów: wyczuwają pola magnetyczne i elektryczne, z których czerpią energię, widzą podczerwień, ultrafiolet i promieniowanie rentgenowskie, i mają znacznie czulszy słuch. Ale najważniejsze jest to, że demona nie powstrzymują żadne bariery materialne; zlepek czystej energii tak samo porusza się w próżni, jak i w litej skale.
Orżnijelenia dość szybko zauważył, że nie musi chodzić po ziemi. Równie dobrze mógł unosić się w powietrzu. Wzbił się na wysokość kilkunastu metrów. Na początku zaskoczyło go to, że mu tak łatwo poszło, ale zaraz potem zaczął szaleć wypróbowując wszystkie znane sobie elementy akrobacji lotniczych. Stwierdził, że nie ma nic piękniejszego niż latanie.

Lot, który wyraża wszystkie tęsknoty i pragnienia człowieka...
Wyżej i szybciej...
--Tylko nie za wysoko! -- Głośnie i twarde słowa przekazu zabrzmiały w świadomości Orżnijelenia. Wrażenie chwili uciekło.
--Staraj się nie wylecieć wyżej, niż do jonosfery; promieniowanie kosmicznie może rozproszyć twoją energię.
--Wiem, kurwa! Czytałem instrukcję! Nie mieliście kiedy przeszkadzać!? Właśnie próbowałem, jak to działa!
--I co, fajnie się lata? To leć na północ, aż do linii wysokiego napięcia.

Poleciał.
W pewnym momencie poczuł dziwne podniecenie: gdzieś niedaleko musiało być silne pole elektryczne.
Wrażenie narastało. Przyspieszył. Czuł, że nie wytrzyma. W oddali ujrzał połyskującą kratownicę słupa. Doleciał tam. Dotknął przewodu i poczuł przypływającą energię. Nie kontrolował swoich działań. pop prostu musiał. Przyssał się.
Jego umysłem szarpnął nagły wstrząs orgazmu.

Gdy Orżnijelenia miał już dość, przypomniał o sobie dyżurny diabeł:
--Leć do Hamburga i znajdź niejakiego Grünplatz'a. Będzie przez nas oznaczony.

* * *

I tak nastał koniec drugiego odcinka DEMONa. Ale w zaroślach pobliskiego lasu czai się nieoczekiwany ciąg dalszy...

C.D.N.

3. Grünplatz

W Hamburgu Orżnijelenia znalazł faceta dość szybko. Fachowcy z Piekła umieścili w jego pamięci wszystkie potrzebne informacje, łącznie z planem miasta, rozkładem jazdy wszelkiej komunikacji, twarzami i nazwiskami -- tak więc wiedział, że taki menda będzie się szwędał w okolicach Heilige-Gast-Feld. Przyłapał Maxxa Grünplatz'a na ulicy. Ci z Piekła mieli specyficzne poczucie humoru: facet widziany w ultrafiolecie miał świetlistą aureolę nad czaszką.

--Spróbuj w niego wejść.

Orżnijelenia zwinął maksymalnie swoją projekcję astralną i wśliznął się ofierze do czaszki. Podłączuł się pod jego narządy zmysłów i zaczął przeglądać sobie ostatnie wspomnienia, nie ujęte w bazie danych Piekła.

Grünplatz właśnie wrócił z wizyty w Moskwie, gdzie dogadywał się na temat dostaw przetworzonej morfiny z Chin i był wkurzony, bo niewiele z tego wyszło. Głównie przez to, że ktoś z jego podwładnych próbował grać na własną rękę... Nic ciekawego. Orżnijelenia przeszedł do dalszych pokładów: Facet urodził się w jakiejś zapadłej wiosce na południu Niemiec, do Hamburga przybył mając czternaście lat, po udanej ucieczce z patologicznego domu. Od tego czasu budował swoje imperium -- zaczynając jako szeregowy członek bojówki neofaszystowskiej doszedł do tego, że pod jego kontrolą znajdowało się pół miasta.
Nieźle, nieźle...
Miał opinię faceta bez skrupułów i zahamowań. Nazywali go "Stalowy". Jednak mimo twardych zasad do interesu wchodzili ciągle nowi ludzie, bo był dobrym szefem.
Coś innego...
Gang był cały czas w stanie wojny z "Południowcami", bliźniaczą instytucją, dowodzoną przez niejakigo Rudobrodego; która, jak sama nazwa wskazuje, zajmowała południową część miasta. Między obiema bandami od dłuższego czasu trwał spór o haracze z terenu śródmieścia. Maxx nawet zaliczył urzędowe czterdzieści osiem aresztu, na skutek dywersyjnej działalności bojówek z południa. Śmieszna sprawa: zaaresztowano go pod zarzutem prowadzenia nielegalnego handlu ulicznego -- za dowód posłużyło 680 długopisów podrzuconych do aktówki Grünplatz'a przez jednego z Południowców. Wszystko przez zgubny nawyk wtapiania się w tłum i chodzenia po mieście na piechotę. Najśmieszniejsze było jednak to, że podczas śledztwa policja nie odgadła prawdziwej tożsamości Maxxa: był dla nich cały czas emigrantem z Gruzji, co dzięki smagłej cerze i czarnym wąsom mogło uchodzić za prawdę -- najwidoczniej umiejętność ukrywania się Maxx doprowadził do perfekcji. Nie wzbudziło to nawet podejrzeń, że ktoś wpłacił za Maxxa kaucję.

Teraz Grünplatz szedł do jednego z barów będących jego własnością -- a w którym jak w każdą środę zbierał się zarząd gangu.

--Wiesz już co trzeba -- zacznij działać!

Orżnijelenia podłączył się do nerwów wykonawczych, a potem postarał się zwinąć całe swoje demonie ciało wewnątrz czaszki Grünplatz'a.

Przez cały ten czas Maxx podążał w kierunku baru "Pod Rozdeptaną Meduzą" i obmyślał wyzwiska, jakimi obrzuci swoich wspólników -- nie przeczuwając nawet okropności, jakie będzie mu dane już wkrótce oglądać.

C.D.N.

4. Olgierd

--Dalejże! -- nakazał dyżurny diabeł.
--Że co...
--A co zechcesz! Ból, skurcze mięśni, ciemność, światło, wariacką wesołość... Co tylko przyjdzie ci do głowy!
--Nie, jeszcze nie teraz. Zrobię to stopniowo.
--Jak sobie chcesz. Ale masz tylko pół roku.

Tymczasem Grünplatz doszedł już do baru. Otworzył drzwi. Z wnętrza gruchnęło głośne techno. Odruchowo na moment zacisnął powieki, ale natychmiast je tworzył i ruszył, jak po sznurku, swoją przez dobry tydzień już nie uczęszczaną trasą. Doszedł nie zważając na tłum do niepozornych drzwi w końcu sali z napisem "tylko dla obsługi" i wszedł do środka. Stojący w wąskim przejściu za drzwiami drągalowaty ochroniarz wyprężył się na jego widok na baczność i otworzył następne drzwi. W pomieszczeniu za nimi siedzieli przy długim stole wszyscy członkowie syndykatu, a zastępca Maxxa, Sheißkopf, żywiołowo do nich przemawiał.

--Mówiłem, kurwa, żeby się tu nikt nie pętał! -- powiedział na dźwięk otwieranych drzwi.
--Powtórz to! -- wycedził przez zaciśnięte zęby Maxx. Głowy wszystkich zwróciły się w jego stronę.
--Maxx!
--Stalowy
--Widać dla was za mało stalowy! -- powiedział Maxx w uniesieniu, Orżnijelenia podsycał jego agresję. -- Teraz to ja się za was wezmę: nasi przyjaciele ze wschodu pokazali mi kilka rzeczy.
--Ale..
--Spokój! Jutro o szóstej rano wszyscy do raportu

Maxx wyszedł trzaskając drzwiami. Przeszedł jeszcze raz wąski korytarz i wyszedł do głównego pomieszczenia baru. Nie obawiał się buntu na pokładzie; członkowie syndykatu byli zbyt zależni od jego pieniędzy, to których nikt inny nie miał dostępu.
Nagle jego wzrok przykuła jedna z postaci siedzących przy barze: był to sam Rudobrody, co dziwne -- bez obstawy. Zadziwiające, że udało mu się w ogóle wejść do środka... Orżnijelenia również zainteresował się facetem: coś go różniło od reszty ludzi. Orżnijelenia odciął Grünplatz'a od nerwów ruchowych, żeby ten nie narobił głupstw, i sam przejął pełną kontrolę nad ciałem.
Gdy odszedł do Rudobrodego, ten spojrzał mu w twarz i zagadnął:
--Czegóż tu szukasz, duszyczko zbłąkana, czyż nie masz przyjaciela, co ci rękę poda?

Orżnijelenia zamurowało. Facet mówił po polsku!

--I co się tak gapisz? Starych kumpli nie poznajesz?
Coś było w tych słowach. To jasne, że głos należał do Rudobrodego, ale styl wypowiedzi, rytm i wyszukane określenia, charakterystycznie wymuszone sepleniące "sz"... To mógł być tylko jeden człowiek (raczej: tylko jedna osoba)
--Olgierd? Everybody Kombinerki...-- zaczął niepewnie Orżnijelenia.
--Nie, Święty Mikołaj z Tell-Avivu. No jasne, że to ja!
--Więc ciebie też..?
--Ano tak. Nie wiem za co, ale na razie świetnie się bawię z tym swoim. Popatrz z resztą.

Rudobrody zmienił nieco wyraz twarzy. Na jego fizjonomii pojawił się grymas bólu i rozpaczy. Zaczął coś bełkotać, potem wydarł z siebie zduszony okrzyk i na jego twarzy znów zagościła lekceważąca mina Olgierda.
--Nieźle, co? Czasem wykrzykuje całkiem ciekawe rzeczy: co lepsze to sobie zapisuję w zeszycie i czytam do poduszki.
--Ja ze swoim jeszcze prawie nic nie robiłem. Dopiero się zadomawiam. Przyleciałem dosłownie przed godziną.
Rudobrody spojrzał na zegarek
--Czas na mnie. Mój adres znasz. Wpadnij kiedyś o północy pogadać o starych czasach. To siemano! -- I wyszedł.
Do Maxxa podszedł jeden z ochroniarzy; był wyraźnie zdziwiony.
--Szef rozmawiał z tą gnidą?
--Taa.. Ciekawe, kto go tu wpuścił? Z resztą nie ważne: będzie odtąd dość częstym gościem
--Że co???
--Zawieramy pakt przeciw konkurencji ze wschodu. W mieście pojawił się ktoś trzeci. Przyjechał ze swoją bandą z Polski i za nic ma ustalenia co do terytoriów łowieckich. Bez żadnych wstępów zajął Śródmieście. Będzie niezła zadyma -- zwołuj naszych chłopaków na sobotę.

Niezły kit! -- pomyślał Orżnijelenia -- Trzeba jeszcze tylko załatwić, żeby to była prawda.
I zamówił przez dyżurnego diabła rozmowę z Szefem Sektoru.

Oczekujcie następnego odcinka pt. "Bertha" już wkrótce!

C.D.N.

5. Bertha


--No dobra. Masz tego trzeciego. Ech, ty to mnie kosztujesz... Czy widziałbyś kogoś konkretnego na tym miejscu?
--Nie, to może być ktokolwiek.
--Ma wiedzieć?
--Nie, najlepiej gra swoją rolę ten, kto nie wie, że jest w teatrze.
--Acha.. Załatwione. U mnie jest teraz coś tak ósma, to jutro po południu. Teraz idź do domu i daj Maxxowi się przespać.
--O.K! Over and out!

* * *

Maxx wyszedł na zaplecze budynku. Jego samochód stał obok furgonetki dostawczej . Nieco zakurzył się przez te dziesięć dni, ale szczęściem nikt się do niego nie dobrał -- radio było na swoim miejscu.
Sięgnął do kieszeni po klucze, otworzył drzwiczki i wsiadł do środka. Wyjechał na ulicę i udał się zwykłą trasą do swojego mieszkania. Jechał jak zwykle powoli bocznymi uliczkami i jak zwykle z zaciekawieniem przyglądał się ludziom. Dojechał wreszcie pod bramę zamieszkiwanej przez siebie kamienicy -- przekształconej na modny apartamentowiec XIX-wiecznej hali przemysłowej.
Światło na drugim piętrze było zapalone. Przez głowę maxxa przemknęła radosna myśl: Bertha w domu!

Zamknął samochód, wszedł na klatkę schodową i rzucając ukradkowe spojrzenie swojej skrzynce pocztowej jednym szarpnięciem odsunął do góry drzwi windy towarowej. Przekręcił wyjęty z kieszeni kluczyk w panelu i na wyświetlaczu pojawiła się czerwona czwórka.
Z windy wychodziło się bezpośrednio do hallu mieszkania. Maxx wszedł tam. Odruchowo spojrzał na lustro po lewej stronie. W rogu za ramę była wsunięta kartka z wykaligrafowanym wielkimi literami napisem: Witaj W Domu!. Więc chociaż Ona pamiętała...

Maxx przeszedł obszerny hall; Orżnijelenia wykorzystał to, aby się trochę rozejrzeć: Takich mieszkań nie widuje się w Polsce -- konstrukcja hali fabrycznej pozwalała na dowolne rozmieszczenie ścianek działowych i stropów, więc mieszkanie miało dwa poziomy, przy czym główny salon miał wysokość dwu kondygnacji, a przez wielkie okna rozpościerał się widok na jeden z licznych w Hamburgu portowych kanałów. Podział na kondygnacje zachowano jedynie od wschodniej strony mieszkania: na dole mieściła się otwarta na salon kuchnia i gabinet Maxxa, na górze, gdzie wchodziło się po krętych, kutych z żelaza schodach, sypialnie i łazienka.

Grünplatz właśnie wspinał się po tych schodach. Przy drzwiach sypialni usłyszał czyjeś przyspieszone oddechy i pojękiwania. Szarpnął za klamkę i wpadł do środka.
Uspokoił się, gdy poznał przyczynę hałasu: Na środku pokoju, na macie z gąbki klęczała z rozchylonymi udami całkiem naga najwyżej siedemnastoletnia blondynka, której Maxx nie znał. Była ciasno skrępowana w stylu shibari a na oczach miała przepaskę. W skrępowanych w nadgarstkach i przymocowanych do pasa z przodu rękach trzymała długi komandoski nóż, którego czubkiem [robiła co trzeba, gdzie trzeba].

Maxx Wnerwił się nieco. Bertha przyrzekła my, że nie zdradzie go z innym mężczyzną -- co zostawiał pewną furtkę: w końcu dziewczyny też ładne. Maxx dość rzadko bywał w domu, więc tolerował te drobne wybryki swojej żony, ale nigdy nie ukrywał, że nie lubi tego. Czasem potrafił zachowywać się bardzo agresywnie w stosunku do "kochanek", takich tak ta przed nim.

Dziewczyna zaczęła szczytować. Grünplatz, rzucony nagłym atakiem podsycanego przez Orżnijelenia szału, jednym wymierzonym kopniakiem pchnął rękojeść noża. Wąskie długie ostrze z oksydowanej na czarno stali zagłębiło się w miękkim ciele aż po sam koniec. Dziewczyna wydała z siebie krótki rozdzierający okrzyk i upadła w drgawkach na podłogę. Na macie zaczęła się powoli formować kałuża krwi.

Zrobiło się nagle bardzo cicho.
Maxx usłyszał zza ściany szum prysznica. Zobaczył Berthę za matową szybą, rozebrał się najciszej jak potrafił i dołączył do niej. Objął ją od tyłu w kibici i pocałował w szyję. Drgnęła, ale zaraz rozluźniła się -- doskonale wiedziała, że Maxx jest w domu, a pozorna obojętność była tylko elementem wciąż powtarzanej powitalnej gry. Dotknął palcem jej czoła, potem przesunął delikatnie w dół po nosie, ustach, szyi... pomiędzy piersiami... po brzuchu... aż do wzgórka łonowego. Bertha odwróciła się i pocałowała Maxxa usta; Orżnijelenia nie przeszkadzał im -- Z ciekawością przyglądał się, gdyż w swoim prawdziwym życiu nie miał żadnych doświadczeń z kobietami.

Kochali się długo.
Gdy skończyli, dopiero przywitali się za sobą. Potem przeszli oboje do sypialni. Bertha oczywiście nie mogła zauważyć stygnącego trupa:
--A to co?! -- spytała.
--Nic. Wkurwiony byłem.
--Ale nie musiałeś mi brudzić sprzętu. Krew strasznie trudno schodzi.
--Każesz jutro Kaktusowi tu posprzątać.
Kaktus było to przezwisko ich majordomusa i gosposi. Przysłowiowej herod-baby, byłej agentki StaSi, bezwzględnej w swym posłuszeństwie. Doskonale pasowała do tej pary degeneratów.
--Jestem dziś strasznie zmęczony, a jutro na szóstą zwołałem całe towarzystwo na odprawę -- zmienił temat Maxx składając matę z martwą dziewczyną na pół i zasuwając samouszczelniający zamek na brzegu.
--No to chyba wiesz, do czego jeszcze można użyć łóżka poza pieprzeniem.

I Grünplatz postanowił wypocząć. Około godziny dwudziestej pierwszej już spał zwinięty w kłębek z Berthą.
Ale dla Orżnijelenia miała to być bardzo pracowita noc.

Następny odcinek, pt."Olgierd raz jeszcze" jakieś 5kb dalej!

C.D.N.

6. Olgierd raz jeszcze

Szef sektoru "B" poziomu szóstego wpadł na lotną kontrolę na stanowisko pracy dyżurnego diabła zajmującego się misją Orżnijelenia.
--I jak tam?
--Zaczął działać. Powiedział, że wykończy faceta psychicznie w trzy miesiące.
--Stary sposób?
--Właśnie nie. Zamierza całkiem przejąć kontrolę i zmusić go do patrzenia. Reszty według niego dokona...
--...rozprawa sądowa. Czytałem raport.
--Liczy na to, że facet się złamie, albo odeślą go do czubków. Poza tym niczego nie zamierza robić gołymi rękami.
--Znaczy się sposób "na generała"? Dobra. Zobaczymy, jak mu to wyjdzie.

* * *

Orżnijelenia założył Maxxowi blokadę. Miał zamiar wrócić przed piątą, ale coś mogło go zatrzymać, a ofiara mogła się obudzić. Wyszedł z jego ciała, a potem chciał przelecieć przez okno -- i tu się zdziwił: szyba była na tyle dobrym izolatorem, że przepchnięcie całej energii zajęłoby dobrą godzinę. Zdecydował się więc na szyb wentylacyjny.
Lecąc nad miastem uzupełnił straty podładowując się na elektrofiltrach jakiejś kotłowni. Dotarł do siedziby Rudobrodego w pełnej formie.

Przeciwnik Maxxa mieszkał na przedmieściu, w dzielnicy willowej. Orżnijelenia bez trudu odnalazł numer 16/38 (uliczek było tak dużo, że nie nadano im nazw, tylko numery). Dom był przeciętny, jak wszystkie inne w tej dzielnicy -- jednak Olo oznaczył go kilkoma radioaktywnymi tokenami. W urzędowym języku piekła oznaczały " Tu mieszka świr".
Orżni wleciał do środka przez szparę pod drzwiami. Odnalazł sypialnię, a w niej, pomiędzy tuzinem panienek wszelkiej maści i formatu, ciało Rudobrodego. Było jednak puste i zablokowane.

Poleciał do piwnic. Olo już czekał na niego w płomieniach pieca kotłowni. Doskonały pomysł: żaden inny demon nie mógł ich podsłuchać; co prawda nie izolowało ich to od dyżurnych w Piekle, ale nie mieli przecież przed nimi nic do ukrycia. Teoretycznie.
--Siemaństwo towarzystwu! -- zaczął rozmowę Olo. -- Zamknij klapę, bo przeciąg!
--Nie mogę przecież poruszać rzeczy materialnych, a tym bardziej metalowych.
--Głupiś! Zrób zwarcie w termostacie, to się sama zamknie!
Orżni tak zrobił.
--No co tam, Łosiu? -- Spytał zniecierpliwiony już nieco Olgierd.
Orżnijelenia zawsze zastanawiał się nad tym przezwiskiem: tylko Olo go tak nazywał, a on sam nigdy nie spytał dlaczego. Postanowił jednak kolejny raz zostawić tę sprawę na później. Teraz miał co innego przedyskutowania.
--Słuchaj no, Śrubokręt, Mam fajny patent na zamieszanie. Potrzebuję bliźniaków, sznurka i aparatury do elektrowstrząsów.
--Chyba rozumiem... A dlaczego bliźniaków?
--O połowę mniej roboty. To, co zostanie uwarunkowane u jednego, będzie można po prostu przepisać jeden do jednego w mózg drugiego.
--A po co elektrowstrząsy? Przecież znacznie prościej możesz uwarunkować ich ręcznie jako demon...
--Ta maszynka, to dla mnie.
--Ty zboczyńco! A żeż ja też na to wcześniej nie wpadłem! Dymałem panienki całymi pęczkami, a tu taki prosty sposób! To może lepiej rozbebeszyć telewizor i wypruć powielacz napięcia?
--Dobra, dobra! Najpierw praca, a potem przyjemności. Zamierzam wprowadzić trochę ruchu w swojej części miasta. Na początek bojówki idą rozwalić jedną z placówek Nowego.
--A tych dwu chłopaczków, których mam Ci załatwić, to pewnie ma przekonać panienki, żeby nie włóczyły się nocą po ciemnych uliczkach?
--Dokładnie.
--Jakieś seryjne zabójstwa, może masowe mordy?
--No co ty! Mam się już za fachowca. Pozwolić komuś umrzeć to spapranie roboty. Dostarczę im jedynie ciężkich przeżyć. BARDZO ciężkich przeżyć.
--I pewnie będziesz osobiście kontrolować ich pracę, co?
--Jak będziesz grzeczny, to tobie też dam popatrzeć.
--Żarty na bok. Jutro postaram się coś załatwić u handlarza ryb. Co myślisz o podobnej żeńskiej organizacji na Południu?
--nie, to nie to. Ale mogę Ci podesłać laski z moich zakładów, a ty drastycznie obniżysz ceny. Mam nawet dojścia do extra laboratoryjnego HIVa.
--Stoi. Jaki wiek towaru?
--Na tyle mały, żeby dał się łatwo warunkować, na tyle stary, żeby miał w pełni ukształtowane..
--Czyli takie 16-17 lat?
--Będzie pasować.
--No, to do zobaczenia jutro. Żegnaj.
--Jeszcze ranek nie tak bliski, można by się wybrać na miasto. Pogrzebiemy w głowie jakiegoś ćpuna; mają czasem całkiem odjechane wizje.
--Wiesz? Mi też się trochę nudzi..
Wylecieli przez komin.

* * *

Miasto trwało wśród nocy śpiąc snem sprawiedliwego. Nikt nie mógł zauważyć dwu złowrogich cieni sunących po rozgwieżdżonym niebie. Nikt, poza kilkoma nawiedzonymi znającymi tajniki wiedzy tajemnej i magii, nie przeczuwał nawet, że ten niebiański spokój zostanie wkrótce zmącony.
Nikt nie mógł wiedzieć o nadchodzących Szczurach Miasta

C.D.N.

7. Narodziny szczurów miasta

Maxx Grünplatz obudził się o piątej rano wypoczęty i gotowy do działania. Czył w sobie siłę i energię. Potrzebował ich. Dziś mieł zamiar dokonać poważnych zmian w Syndykacie: przede wszystkim usunąć Scheißkopfa.
Tak, to miał być pracowity dzień.

Pocałował na pożegnanie leżącą obok niego Berthę, wstał i zaczął się przygotowywać do wyjścia.
Po dziesięciu minutach był gotów. Wypił dużą kawę i już miał wychodzić, gdy poczuł się jakoś dziwnie. Chciał jeszcze wejść na chwilę do gabinetu -- miał tam w szufladzie biurka działę kokainy -- ale mimowolnie dalej kierował się do wrót windy. Chciał się zatrzymać, ale nogi niosły go dalej. Chciał krzyknąć, ale nie mógł: czuł na sobie ubranie, czuł klucze w kieszeni, widział i słyszał wszystko, ale nie mógł nic zrobić -- jego ciało odmówiło posłuszeństwa.

To zaczął działać Orżnijelenia.

Maxx wpadł w panikę; próbował wyrwać się, krzyczeć, zamknąć oczy...
Orżni czuł pod sobą miotaną przerażeniem świadomość Grünplatza, jednak nie zwracał już na nią uwagi. Spokojnie podniósł ze stolika skórzaną aktówkę z przygotowanymi w nocy papierami, przywołał windę i wsiadł do niej.

Podczas jazdy odcięty od swojego ciała Maxx ostatnim desperackim zrywem krzyknął:
--DLACZEGO?

Siła przekazu zaskoczyła orżnijelenia. Postanowił coś z tym zrobić. Odezwał się wewnątrz głowy Grünplatza głosem zimnym i ciężkim:
--JESTEM TYM, KTÓREGO NAZYWAJĄ NAJPIĘKNIEJSZYM ZŁYM. POPRZEZ ZŁO, KTÓRE JEST W TOBIE OTWORZYŁEŚ MI DROGĘ DO ZIEMSKIEGO WYMIARU. UKORZ SIĘ PRZED MOJĄ POTĘGĄ, A DAM CI WŁADZĘ NAD ŚWIATEM.

Nie uspokoiło to Maxxa, ale Orżni niewiele się tym przejmował; miał co innego do roboty. Jednak gdy wsiadał już do samochodu usłyszał głos dyżurnego diabła:
--Co to kurwa za texty? Możesz wylecieć za to z roboty! Nie czytałeś instrukcji? Nie masz autoryzacji na zawieranie umów! Przez takich partaczy jak ty tracimy wiarygodność!
--Ale to nie jest wyznawca kultu. nie dał by się wtedy tak łatwo podejść. Poza tym jeśli nawet odda mi duszę, to nie mam zamiaru dawać czegokolwiek w zamian.
--I o to właśnie chodzi! Obietnice bez pokrycia podważają nasz autorytet.
--No teraz to już się nic nie da zrobić... Ale nie sądzę, żeby i tak dał się przekonać. Over and Out.

Tymczasem Orżni dojechał już "Pod Rozdeptaną Meduzę". Zaparkował na zarezerwowanym dla szefa miejscu na zapleczu i podszedł do drzwi. Szybki rzut oka przez ramię na inne zaparkowane na ciasnym placu pojazdy upewnił go, że wszyscy są już na miejscu.
Bar otwierano dopiero o dziesiątej, ale porządkowi i ochroniarze byli na miejscu już od piątej trzydzieści. Tak samo, jak pracownicy nieoficjalnej części klubu -- gdzie dzielono towar na dawki.
Orżni skierował się od razu do tajnej sali posiedzeń.

Było za pięć szósta i wszyscy czekali już na niego. Maxx zajął należne mu miejsce na końcu stołu, wyciągnął z aktówki stertę papierów i przemówił:
--Witam wszystkich. Żeby nie przeciągać przejdę od razu do rzeczy. Czy jest Scheißkopf?
--Tak..? -- Sheißkopf wstał nieco zmieszany
--Wyrzucam cię! -- Świerzo zdymisjonowany członek syndykatu usiłował protestować, ale dwaj krzepcy ochroniarze się nim szybko zajęli. Maxx kontynuował.
--Dalej.. Grubber, czy nasi chłopcy zbierają się, jak poleciłem?
--Główny trzon jest już zmobilizowany, cały oddział interwencyjny może być gotowy nawet już dzisiaj na czternastą -- padła szybka odpowiedź.
--To nie będzie konieczne. Jutro, czyli w sobotę, punkt dziesiąta. Za chwilę dam ci plan ataku.
--Tak jest!
--Teraz w sprawie agencji towarzyskich: umówiliśmy z Rudobrodym podział branżowy wpływów, zamiast terytorialnego; czyli przechodzicie pod jego komendę. Ja natomiast przejmuję całość sieci dystrybucyjnej.
--Niechętnie to robię, ale mam nadzieję, że szef wie, co robi. -- odezwał się nadzorca burdeli.
--Żeby nie robić interesów z ruskimi -- kontynuował Maxx -- ograniczymy podaż cracka i heroiny, zastępując ją powoli amfetaminą z Polski.
--Od śmieciarzy?
--Ma trzy wielkie zalety: jest czysta, tania i nie musi jechać przez całą Rosję...

Zebranie trwało jeszcze około godziny.

* * *

Tymczasem Rudobrody dobił targu z handlarzami żywym towarem. Na tylnym siedzeniu jego Volvo spali teraz odurzeni metadonem dwaj ciemnowłosi chłopcy., a on sam jechał pochwalić się swoją zdobyczą przed Orżnijelenia.
Dotarł wreszcie "Pod Rozdeptaną Meduzę". Zauważył Maxxa wychodzącego właśnie z baru.
Opuścił szybę i zagwizdał cicho umówiony sygnał. Maxx natychmiast odnalazł go wzrokiem, podszedł i wsiadł od strony pasażera.

--Siemaństwo towarzystwu! -- zaczął rozmowę Olo -- Popatrz tylko, jakie dwie rybki udało mi się wyhaczyć! Maxx rzucił okiem na tylne siedzenie.
--Nie wyglądają zbyt okazale. Trzeba będzie ich ze trzy tygodnie poćwiczyć... -- skomentował.
--Brałem co było. Mózgi niemal identyczne, A co do reszty... Będzie trzeba wezwać Behemota.
--Nie tłumacz się. Najlepiej zacząć od razu pracę. Jedziemy do mnie, czy do ciebie.
--Lepiej do mnie. Ty nie masz piwnicy.
--Sayez. tylko przelezę do swojego grata.

I pojechali. Rudobrody przodem, za nim Maxx. Zaytrzymali się przed posesją Neuesholz 16/38, po czym Olo wjechał do garażu, aby unikając wzroku wścibskich przenieść obu uśpionych przyszłych wspólników do wyciszonego pomieszczenia w suterenie.

--No dobra. -- Powiedział Orżnijelnia -- zaczynam; kiedy skończę, to będą zupełnie inni ludzie.

I rozpoczęła się pierwsza sesja uwarunkowania.

C.D.N.

8. Trzeci

Sobotni ranek był ciepły i pogodny. Ludzie jak co weekend udawali się do pracy, na zakupy, do centrów rozrywki. Miasto powoli budziło się do życia. Około dziewiątej ożywiać zaczęły się kluby, kawiarnie i restauracje w centrum. Jednym słowem -- nic szczególnego. Sobota jak co tydzień.
Jednak właściciel nowootwartego pubu "10,5", niedawno przybyły z Polski, czuł od samego rana dziwny niepokój.

Jego obawy nie były jednak całkiem nieuzasadnione. W bocznych uliczkach, zaułkach, zakamarkach i bramach zaczęły zbielać się trzy- czteroosobowe grupki pozornie przypadkowych przechodniów. Dziwne jednak, że właśnie przy centrum; dziwne, że każdy każdy z tych "przypadkowych" przechodniów był mężczyzną przed trzydziestką; dziwne, że każdy z nich miał w rękawie, albo pod kurtką kij baseballowy, gazrurkę lub kawał grubego kabla. Dziwne, że wszyscy punktualnie o 10:15 opuścili swoje kryjówki i krocząc ulicami łączyli się z sobą tworząc już po kilku chwilach dość spory, bo liczący 50 osób pochód.

Brygada Interwencyjna Towarzystwa Północnego odcinała się wyraźnie od reszty przechodniów. Ludzie ustępowali im z drogi. Turcy i Polacy chowali się w popłochu do bram. Jednak dzisiaj akurat nic im nie groziło: tłumek groźnie wyglądających facetów zmierzał bowiem jak po sznurku do kluby "10,5"

Olo w swojej demoniej postaci przyglądał się wszystkiemu siedząc na dachu jednego z budynków. Orżni został w jego domu, kończąc od wczoraj pracę nad Szczurami.

Nikt nie zatrzymywał bojówkarzy; kilku przechodniów zaczęło głośno narzekać na lenistwo policji, która pozwala na coś takiego w biały dzień, ale to nic nie dawało. Centrum, jako wyjątkowo niebezpieczny teren zwykle rojące się od "krawężników", dziś było dziwnym trafem całkiem wolne od obecności funkcjonariuszy. Inna sprawa, że szef posterunku policji nawet okiem nie mrugnął chowając wczoraj gruby plik banknotów do szuflady swojego biurka.

Tymczasem Grupa Interwencyjna zepchnąwszy bramkarza w głąb klubu "10,5" rozpoczęła systematyczną demolkę wnętrza. Agresja ich skupiała się głownie na meblach i wyposażeniu, ale gości klubu potraktowano też dość dokładnie. Wśród krzyku i brzęku tłuczonego szkła jednej postaci udało się przedostać na zaplecze.
Jednak tam czekał już Olo: Ogłuszył uciekiniera wyładowaniem elektrycznym i zaczął przeglądać jego pamięć -- chciał zostawić przekaz dla trzeciego. Zdziwił się jednak, gdy zauważył, że złapany przez niego człowiek to właśnie Trzeci. Jego zdziwienie było tym większe, że był to zwykły człowiek, nie demon.

po pierwszych kilku sekundach szukania zauważył coś jeszcze: Znał tego faceta! Był to w rzeczywistości szef polskiego gangu, takiej mafii podwórkowej z rodzinnego miasta Olgierda. Facet, którego jeszcze parę lat temu wszyscy mieli za byle kogo, kto tylko handluje benzyną z Ruskimi -- tyleż nieuczciwego, co głupiego. Jak się okazało, bezmózgi dres jakimś cudem na machlojkach z przyjaciółmi z Moskwy wypłynął, i teraz panoszył się bezczelnie w jednym z największych niemieckich miast.

Olgierd bardzo dokładnie zapamiętał szczegóły transakcji, hasła, adresy i lokalizacje skrzynek przerzutowych. Z tymi danymi przejęcie siatki dostawców amfetaminy i Czarnego Afgana będzie dużo prostsze.
Ostatecznie zdecydował się nic nie zmieniać w mózgu ogłuszonego, ograniczył się jedynie do pozostawienia "wizytówki" Maxxa i Rudobrodego w jego pamięci.

Dochodziła 10:30. Bojówkarze opuścili klub i pospiesznie rozproszyli się w bocznych uliczkach, pozostawiając klub "10,5" w stanie muru surowego i drobnej sieczki ze wszystkiego innego na posadzce. Olo stwierdził, że zadanie wykonano i poleciał do domu.

* * *

Orżni właśnie skończył, kiedy Wszedł Rudobrody.
--Co tu się działo?! -- spytał zdziwiony rozglądając się.

Rzeczywiście -- konfiguracja terenu została znacznie zmieniona: Dźwiękoszczelna sala w piwnicy została przedzielona w dwóch trzecich długości pancerną szybą, z niskim włazem z jednego brzegu. W mniejszej części, przy drzwiach, stali Maxx i Olo; w większej, za szybą, Szczury Miasta, teraz przebrane w kombinezony zentai, opinające się ciasno na ich jakby nieco bardziej zwartych i masywniejszych ciałach, zajęte były małym sparringiem -- kung-fu na poziomie mistrzowskim.

--Skądżeś to wszystko wytrzasnął? -- kontynuował Olo.
--Skoro i tak już wezwałem Behemota z poziomu minus-sto-dziewiątego, to postanowiłem maksymalnie wykorzystać jego możliwości. Jak wiesz ma on władzę również nad materią nieożywioną, więc zarządziłem małe przemeblowanie. Nie gniewasz się..?
--Nieważne. Widzę, że nasz mały nocny patrol gotowy. Kiedy inauguracja?
--Za tydzień, w piątek. Na razie muszą podszlifować technikę i przyzwyczaić się do wyższej siły mięśni... Wiesz? Tak sobie pomyślałem, że niepotrzebnie Cię wysyłałem po tych tam dwóch -- Orżni zapukał w szybę. -- Behemot mógł nam ich przecież ulepić od zera.
--Nie szkodzi. Będziesz pamiętał na przyszłość.
--Co tam na mieście słychać?
--Wszystko zgodnie z oczekiwaniami. Twoi ludzie dopilnowali, aby agencja ubezpieczniowa nie miała kłopotu z wyceną szkód: po prostu totalna demolka. A jedna rzecz nawet nasze oczekiwania przerosła: złapałem w lokalu Trzeciego i dokładnie sobie obejrzałem. Tak jak uzgodniłeś, to jest zwykły człowiek, chociaż ma w mózgu ślady piekielnej ingerencji. A wiesz kto to?
--No, nie wiem, dopuki mi nie powiesz.
--Pamiętasz tego buca, który chciał nam zamknąć giełdę w Klubie Studenta?
--W końcu wydarł nam ten lokal i zrobił stragan z dresami...
--No to mamy okazję się odegrać.
--Ojajebie! Rydel żeż mu w zydel! Jak z nim skończę, to będzie go można przez sitko do herbaty przecedzić! -- wykrzykiwał Orznijelnia.
--Spokojnie! Złość piękności szkodzi! Każ nakarmić swoje gryzonie, i pora chyba zrobić jakiś weekend, czy co... Na razie zaliczyłeś siedemdziesiąt dwie godziny dniówki, pora się rozerwać.
--Masz rację. Jakie plany?
--Najpierw podstacja mocy, potem oddział zamknięty szpitala Św Serafina, Mam tam jednego: wyjątkowo uduchowiona dusza. Jak mu dadzą metadonu, to nie można się od jego halucynów oderwać.

I raz jeszcze wystrzelili w noc przez komin. I nikt nie spodziewał się jaki będzie czający się w mroku ciąg dalszy.

C.D.N.

9. Pierwszy kęs

--Tydzień tak jakby już minął. Zagracasz mi piwnicę swoją osobą, każesz sobie przynosić wina i dziewic, i co? -- Zagadnął Olo udając zniecierpliwienie.
Stali z Orżnijelenia znowu w pomieszczeniu przed pancerną szybą. Wspomniane "dziewice" w ilości sztuk cztery, przechadzały się nerwowo po drugiej stronie.
--Zobacz najpierw, co oni potrafią. Teraz siedzą za kratką szybu wentylacyjnego.
Orżni dotknął przycisku zatkniętej za pas krótkofalówki.

W ogrodzonej część pomieszczenia momentalnie zawrzało: gdzieś z sufitu spadły dwa czarne cienie, które natychmiast zaatakowały zdezorientowaną czwórkę. Nie minęło dziesięć sekund, już dwie ofiary leżały skrępowane i zakneblowane na podłodze. Z pozostałymi dwoma nie poszło już tak szybko, gdyż uciekały w kąt i próbowały się bronić, jednak daremnie. Minęło 24sekund, od kiedy Orżni użył krótkofalówki, a wszystkie cztery -- wypożyczone specjalnie na tę okazję z najlepszych lokai Rudobrodego -- leżały związane opaskami kablowymi z ustami zakneblowanymi przylepcem i zwijając się konwulsyjnie próbowały wyszarpać się z więzów.
--Nieźle, nieźle.. tylko dlaczego akurat hog-tie? -- zapytał Olo
--To jeszcze nie koniec -- odpowiediał Orżni i wcisnął sygnalizator krótko dwa razy.

Szczury raz jeszcze zajęły się swoimi ofiarami: pomagając sobie małymi nożami myśliwskimi systematycznie pozbawiały obezwładnionych postaci ubrania, po czym zajęły się konsumowaniem świeżo odsłoniętych wdzięków czterech młodych kobiet

Gwałcili je długo i brutalnie.
Olgierd przypatrywał się całemu widowisku z niezdrową fascynacją; Orżnijeleniowi coś ścisnęło wirtualny żołądek...

* * *

Gdy obaj wyszli, po drugiej stronie szyby Szczury właśnie dokańczały dzieła. I ch ofiary -- choć przywykłe do brutalnego seksu i ostrzeżone o przebiegu próby -- leżały oszołomione z wyrazem bezgranicznego przerażenia w oczach.

To przerażenie dane miało być przeżyć jeszcze wielu innym, ale o tym dowiecie się dopiero w Ciągu Dalszym.

C.D.N.N*
(c)1993-96 Iego Ferromagnetyczość


*-Ciąg Dalszy Nie Nastąpi



--== WRÓĆ ==--