ビズン

Gormund

Oto rekonstrukcja tekstu, który po prostu mi zaginął. Pamiętam, że napisałem coś takiego, kiedy jeszcze byłem w szkole podstawowej, w siódmej klasie. Uczyłem się cały wieczór i część nocy do olimpiady biologicznej, potem nie mogłem zasnąć. Słuchałem w kółko kaset a zmęczenie i podniesiona dopamina robiły swoje. Gdy do walkmana powędrował album "Ogród Króla Świtu" Marka Bilińskiego wszedłem w odmienny stan świadomości. Najpierw zacząłem ilustrować poszczególne utwory -- szło mi mozolnie, bo (poza rysunkiem technicznym) nie umiem rysować. Potem zacząłem pisać to. Taki fan-fic złożony z elementów "Świata Rocanona", "Lewej Ręki Ciemności" (Ursila LeGuin), "Władcy Pierścieni" (J.R.R Tolkien) i trochę "Jednym Zaklęciem (Lawrence Watt-Evans). Zafascynowały mnie również obrazy z filmów Topora oraz mitologia skandynawska.
Napisałem na nowo tyle, ile pamiętam. Nie będę kontynuował.

--== WRÓĆ ==--

I

Ostatnie promienie zachodzącego słońca rozświetlały pomarańczowym blaskiem leśną polanę. Ściana drzew gęstego lasu jak ucięta nożem ustępowała niskiej, gęstej trawie, tworząc idealny okrąg o średnicy nie większej niż trzydzieści kroków. Nie prowadziła tu żadna ścieżka -- las w okół był gęsty i nieprzebyty. Zdawało się jakby tylko jakaś magiczna siła powstrzymywała bujną roślinność od wdarcia się na polanę -- lecz oprócz trawy rosła tam tylko jedno wyjątkowo stare drzewo. Na samym środku, jak gnomon wielkiego zegara słonecznego. Wyglądało groźnie i tajemniczo. Mimo zupełnego braku wiatru jego liście poruszały się delikatnie

Gormund Laarsen siedział przechylony na lewy bok na skraju polany wpatrując się w znikającą nad czubkami drzew czerwona tarczę słońca. Gdy ta znikła przeniósł spojrzenie na Drzewo. Sam nie wiedział dlaczego, ale w myślach zawsze nazywał je Drzewem, nie drzewem. Nie mógł określić jego gatunku -- a przecież jako syn księcia i zarządca majątku znał się na drewnie i drzewach -- podobnie jak na hodowli, handlu, wydobyciu soli, budowie statków i wozów -- a przynajmniej na tyle, aby nie dać się oszukać -- Choć najbardziej znał się na polowaniach z powietrza. Znakomicie tropił zwierzynę, zarówno naziemną jak i latającą, świetnie strzelał z łuku i z kuszy a dosiadał wiatrogona jak nikt w okolicy -- to właśnie podczas polowania, gdy miał czternaście lat, znalazł to miejsce. Starsi ludzie powiadali jeszcze starsze legendy o tym miejscu, o dziwnym kulcie oraz drzewach chodzących jak żywe, przemierzających ten świat na długo zanim pojawili się ludzie.

Samotna polana dziwnie przyciągała i Gormund często przebywał w cieniu Drzewa, w ciszy znajdując spokój. Nigdy jednak nie odważył się zostać to po zmroku. Teraz więc -- gdy w ciągu niecałej pół godziny miał zapaść zmrok -- wstał, otrzepał kilka suchych źdźbeł trawy z jeździeckich butów i bryczesów, poprawił skórzany kabat pas i przytroczony do niego sztylet i odgarnął na kark swoje długie falujące kasztanowe włosy spinając je klamrą.

Podrapał jeszcze wierzchem rękawicy krótko przyciętą brodę i podniósł do ust wiszący na rzemieniu u szyi kościany gwizdek. Zdawało się, że piszczałka nie wydała żadnego dźwięku poza syczeniem dmuchanego powietrza, lecz spełniła swoje zadanie -- twarz wpatrzonego w niebo młodzieńca rozjaśniła się -- jego wierzchowiec powracał.

Bestia spadła z góry jak sokół na swą ofiarę. W ostatniej chwili zadzierając łeb i łopocąc skrzydłami stanęła dęba po czym usiadła na ziemi. Rasowy Raavegardski wiatrogon -- Wielki muskularny drapieżny kot, o czarnej sierści, puszystym ogonie, zielonych oczach, spiczastych uszach i miękkich lecz potężnych skórzastych skrzydłach.

--Jesteś, Thorze! -- zawołał Gormund na jego widok i podrapał zwierza między uszami. Thor oblizał się i wydał zadowolone mruknięcie. W kąciku pyska i na brodzie Gormund zauważył niezaschnięte kropelki krwi -- widać kot właśnie skończył swoja kolację. Gormund też poczuł się głodny, wskoczył więc na kulbakę i wydał komendę do lotu. Nim zapadła cieność lądowali już na wewnętrznym dziedzińcu zamku. Tu Gormund rozkulbaczył Thora i pozwolił mu odlecieć na nocne polowanie, jednak bestia rozprostowała tylko skrzydła okrążając w powietrzu zachodnią basztę zamku i wróciła wpychając pysk pod ramię młodzieńca. No cóż -- jesienna noc zapowiadała się chłodna i wiatrogon wolał spędzić ją na zamku, podeptał więc za swym panem i przysiadł na tylnych łapach u podnóża schodów, gdy tamten poprzez wysokie ostrołukowe wrota udawał się do wnętrza.

Gormund planował przywitać ojca, siostry i braci, którzy wraz z famulusami starego księcia i innymi mieszkańcami zamku zapewne zasiadali właśnie do wieczornej biesiady. Cieszył się bardzo na to spotkanie, coś jednak zmusiło go do zmiany planów: w głównym hallu stał posłaniec i wyraźnie czekał właśnie na niego. Gormund podszedł bliżej i rozpoznał pieczęć na liście. Bez słowa odebrał przesyłkę wręczając posłańcowi półkoronową srebrną igłę. List był od Olafa. Długo oczekiwany. Gormund wiedział co zawiera i zapragnął otworzyć go jak najszybciej.

Pobiegł korytarzem i wszedł do sali biesiadnej wejściem dla służby. Powitały go serdeczne pozdrowienia mieszkańców zamku, lecz on z poważną miną odpowiedział tylko skinieniem dłoni i podszedł wprost do ojca -- Laarsa Bjørnsena, Księcia na zamku Raavegarten. Szepnął mu kilka słów na ucho, na co książę skinął przyzwalająco głową. Gormund poprosił jeszcze tylko majordomusa, aby wieczerzę przysłać mu do komnat i udał się do swej pracowni.

Młody książę odebrał rzetelne wykształcenie, również w naukach przyrodniczych, parał się nieco alchemią -- lecz teraz nie chęć wydarcie Matce Naturze jej tajemnic była motorem jego działań, ale żądza wiedzy o dziejach minionych -- tych bardzo osobistych. Gdy miał osiem lat zaginęła jego matka.

Pochodziła ze starego szlacheckiego rodu -- choć nieco podupadłego. Ślub z księciem Laarsem był dla Gudmundy ratunkiem od biedy, zaś dla niego samego awansem społecznym. Małżeństwo, choć aranżowane okazało się szczęśliwe. Gudmunda dała Laarsowi pierworodnego i dwie córki, aktywnie uczestniczyła w pomnażaniu majątku i zawsze służyła radą. Niestety, w niejasnych okolicznościach porwano ją podczas podróży morskiej. Jako mały chłopiec Gormund poprzysiągł, że ją odnajdzie lub pomści jej śmierć.

I teraz był bliżej rozwiązania zagadki niż kiedykolwiek.

II

Do swoich pokoi młody książę dotarł jak na skrzydłach.

--Tutaj opis pomieszczenia --

Położył kopertę na stole. Wiedział dobrze, że nie należy otwierać jej przez złamanie pieczęci -- ukryta pod nią spłonka i pół uncji czarnego prochu natychmiast zniszczyły by zawartość. Wymyślili to wspólnie z Olafem kilka lat temu, aby korespondencja była bezpieczna. Odwrócił kopertę pieczęcią w dół. W narożniku wyszukał runiczną literę Thorn i przekłuł jej brzuszek igłą, próbując podważyć coś ukrytego pod powierzchnią czerpanego papieru. W końcu wywlekł pętelkę z jedwabnej nici. Pociągnął za nią. Ustąpiła rozrywając brzeg koperty. Przez szczelinę sięgnął do środka i wyciągnął kilka kart gęsto zapisanego papieru. Przechylił kopertę i wypadła z niej jeszcze dziwnie wyglądająca moneta. Wyrzucił kopertę do kominka, gdzie ładunek prochu po sekundzie błysnął jaśniejszym płomieniem.

Teraz Gormund skupił się na liście. Od razu rozpoznał charakter pisma Olafa.

I tyle. Ciąg dalszy nie nastąpi i już.
(c)1989/2010 by Bizun




--== WRÓĆ ==--